12 nocy w samochodzie. Jeśli pytasz, jak było

31 października 2017

 

Wróciłam z kilkunastodniowego urlopu, podczas którego domem był samochód. Wiele osób pyta: „Jak było?”. Dziękuję za zainteresowanie. Pierwsze, co odpowiadam, to: „Jak jest mi zimno w domu, prędzej ubieram czapkę niż zamykam okno”. Tym, dla których ta odpowiedź nie jest satysfakcjonująca, dopowiadam…:

Prawie cały rok pytań i poszukiwań; dwanaście jesiennych nocy w samochodzie oraz doświadczania świata realnego, a nie wirtualnego i odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie zadałam sobie w tym roku, mam jak na tacy.

Mam też jeden, najważniejszy wniosek. Otóż najlepiej czuję się ubrana w zwyczajność i banał. Tak jest najcieplej, gdy jestem na zewnątrz.

Nie będzie to na rękę dzisiejszemu światu, który już ma na mnie niebanalny pomysł. Milion pomysłów! Mogę być pilotem myśliwca, biegaczem krótko- lub długodystansowym, projektantem wnętrz, trenerem jenotów, założycielką fundacji, blogerem-multizadaniowcem, zawodowym graczem w pokera i hodowcą kwiatów, chociaż nawet stan kaktusów pod moją opieką woła o pomstę do nieba. Mogę wszystko i lepiej, żebym zaczęła to realizować, inaczej spadnie na mnie cywilizacyjna zemsta złożona z poczucia winy i lenistwa. I pewnie cellulitu (oh wait, to już jest).

Czy ja, kurwa, muszę być wszystkim? Nie, drogi świecie. Mogę być, kim naprawdę chcę i ku czemu mam predyspozycje, a nie kimś stworzonym od nowa, jakby podstawowa wersja potrzebowała ciągłego tuningu, nie będąc już na swój sposób kompletną. Niestety, nie ja kupię te wszystkie pudry, korektory na niedoskonałości twarzy i duszy, piąte buty pasujące do ósmych par rajstop, książki z wynurzeniami celebrytów, abonamenty na nieinteresujące mnie seriale o nadchodzącej katastrofie i inne rzeczy po to, by przeobrazić się w kogoś innego fizycznie i mentalnie. Nie ja wynajmę pokój w pięciogwiazdkowym hotelu. Już wiem, że ja będę moim hotelem jeździć.

Jestem sobą. Jestem banalna i zwyczajna do szpiku kości. Czuję się z tym wspaniale. Także wtedy, kiedy myślę, że tak wielu rzeczy… nie potrzebuję.

Jeżeli dla kogoś zakupy są prawdziwym lekarstwem na problemy egzystencjalne, to… chyba trochę zazdroszczę. Moje „leki” wymagają jednak ode mnie trochę wysiłku. Wstania z domyślnej pozycji siedzącej, odłożenia smartfona na rzecz książki, wyjścia na powietrze niezależnie od pogody i to co najmniej na godzinę (z całym szacunkiem dla indoora). Było to proste, kiedy pierwszy kontakt ze świeżym powietrzem zaczynał się dziesięć sekund po otworzeniu oczu i drzwi od samochodu, ale teraz, gdy rusza codzienność, to będzie wyzwanie. Pielęgnowanie nawyku. Wyprawa po długotrwałe szczęście.

Korzystam: obecne zdrowie pozwala mi znajdować receptę, kiedy wdycham powietrze (nie zawsze pachnące Adriatykiem, czasem wręcz przesiąknięte spalinami) nie muszę, na szczęście, chodzić po nią do lekarza. W jakim stanie by to powietrze nie było, mam potrzebę wciąż dostawać nim w twarz. Być w ruchu, a nie przyjmować pozycję niewolnika biurka. Właśnie taki zestaw przynosi mi darmowe, choć wymagające odrobiny wysiłku, odpowiedzi.  A że musiałam pokonać trzy tysiące kilometrów, by to zrozumieć… Cóż, pokonałabym drugie tyle, jeśli by trzeba było.

Banał? Powiedz to osobie, która – nie wiedząc kiedy – ulokowała swój tryb życia w ciągłym zamknięciu.

Stąpając „wyłączona” po świecie wiem, że tu i teraz jest bardziej przyziemne, niż się wydaje. A tak łatwo jest dać się otulić puchatymi ideałami… By potem spektakularnie upaść i jeszcze być zaskoczonym, że na dole nie jest tak miękko jak obiecywali. Serio, no już odpuśćmy sobie te górnolotne stwierdzenia, stylizowanie własnego życia na inne niż jest w rzeczywistości, przesadne marzycielstwo niepołączone z działaniem, szukanie rozwiązań gdziekolwiek poza sobą. Nie jesteśmy na tyle ciekawi, by szukać w sobie?

Świadomie ubieram się w zwyczajność i banał, a najchętniej na powietrzu. To jest mój wniosek po krótkim wylogowaniu się, po długich spojrzeniach z dystansu, po niebyciu na bieżąco, po kilkunastu dniach diety makaronowo-pieczywowej, po byciu wciąż na zewnątrz. Po tym wszystkim, na co nie pozwoliłam sobie podczas ostatnich miesięcy.

Nigdy więcej nie popełnię błędu niepozwalania sobie na wyżej wymienione.

Dzięki, że pytasz.

***

A tak poza tym, to spoko, ból biodra od spania w aucie w końcu przestaje być zauważalny, gotowanie wody na kawę w garnku jest super, a deszczowy dzień podczas październikowego urlopu można spędzić pijąc słoweńskie wino z kartonu pod trzema śpiworami i nie, naprawdę nie było zimno.  ;)

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter