2016 żegnam bez żalu

28 grudnia 2016

1jwmfju8vvg-tom-van-hoogstraten

2016 miał być dla mnie jednym z najlepszych, tak zakładałam rok temu. Bazą mojej zajebistości miały być życiówki, które dadzą mi formę, utrzymają figurę i regularność bloga. Tak… Zapraszam na wycieczkę osobistą.

Już w kwietniu w Poznaniu okazało się, że do biegowej świetności mi bardzo daleko, a aby powtórzyć rezultat z 2013 roku musiałabym się bardzo napracować. Za mało również robiłam z myślą o Bydgoszcz Triathlon. Życiówka na koncie jest, stan głowy po zawodach jak zwykle zachęcał do dalszego działania, jednocześnie świtała znowu myśl o tym, że relacja z amatorskim sportem jest bardzo trudna.

I tutaj skończyły się moje zawody, życiówki, sportowe uniesienia. To jeden z wniosków z tego roku. Pracując na etacie i sporą część popołudni spędzając na sali IC, przestałam zabiegać o inne sportowe życie. Trochę z zajęcia innymi sprawami, trochę ze zmęczenia, bardzo przez zadowolenie ze swojego stanu zdrowia, odkąd trenuję mniej. Jasne, że marzy się zrobienie porządnie ¼ IM albo nawet ½IM. Jasne, że patrzę z szacunkiem i małą zazdrością na poczynania innych osób, które też uprawiają sport amatorsko. Czas jednak na rozsądne wybory. Jakoś zniosę te tęskne maile od endomondo.

Indoor Cycling

Tak jak pisałam w jednej z ostatnich notek, byłam pewna, że po kilku latach IC nie zrobi nic przełomowego z moim życiem. To jednak wiadomość o nowym klubie sprawiła, że postanowiłam zrezygnować z dotychczasowej etatowej pracy. To duży przełom i totalna niewiadoma. Jestem przekonana, że takich niewiadomych czasem człowiekowi potrzeba, o ile nie jest dla niego konieczna stabilność potrzebna na przykład do wychowania dzieci.

Ponadto ten rok był kolejnym, w którym zbierałam rowerowe doświadczenie i pracowałam z ludźmi, co zawsze dla mnie samej wychodzi na plus i mam nadzieję, że dla nich również. Musiałam bardzo się pilnować, by nie wpaść w rutynę i wciąż szukać nowych źródeł wiedzy o tym treningu. Z pomocą przyszły też nowe rowery, które wprowadziły powiew świeżości do mojej pracy, nadając jej trochę inny wymiar. Czy lepszy? To temat na osobny tekst.

Jak bumerang wraca do mnie myśl o tym, że w tej dziedzinie (jak i pewnie każdej innej) mam robić swoje. Obojętnie, czy akurat pracuję w klubie, w którym Seated Climb to coś dziwnego, albo w którym Standing Climb to ułatwienie i bezsens. Różne bywają przypadki, specjalistów jest wielu, chyba przez większość już przeszłam – czy wręcz przejechałam. To również dzięki robieniu swego na sali ma się komplet. Jest oczywiście wiele innych czynników, które wpływają na frekwencję (dziś środa po świętach, wiesz, ile będzie osób na zajęciach?), jednak to wciąż instruktor jest jednym z ważniejszych.

Co z tym blogiem?

Myślę, że rok był również przełomowy dla mojej działalności na tej stronie. Zawsze traktowałam ją bardzo poważnie, a za gubioną w natłoku innych obowiązków i zainteresowań regularność nie raz beształam się w głowie. Dopiero w 2016 zrozumiałam, że wolę dawać od siebie coś więcej, ale rzadziej, niż po łebkach, a przede wszystkim: nie stresować się swoim hobby. Przecież to idiotyzm robić sobie ciśnienie na punkcie tego, co nas jara, zachwyca,  jest źródłem pozytywnych wibracji. Więcej o planach blogowych napiszę zapewne w kolejnym tekście, więc jeśli wciąż regularnie tu bywasz – dziękuję, pozostań. ;)

Działam, reaguję

Co ciekawe, ten rok był dla mnie źródłem refleksji na temat naszego życia w mediach społecznościowych. Trudno, żeby tak nie było, skoro z tym wiązała się też moja etatowa praca. I nie mam zamiaru raczyć Cię znowu moim odejściem od obserwowania zaserduszkowanych dietetyczek i fitnessek z tym samym przepisem na śniadanie wolne od węglowodanów. Wspomnę jednak, że przez najróżniejsze algorytmy fejsbuka, ostatnio też instagrama, jeśli chcę naprawdę obserwować jakiś profil, muszę być aktywna – inaczej Mark z ekipą nie uraczy mnie postami z tych stron.  Ponadto, jeśli wiem, że dany profil promuje działalność ważnych dla mnie osób (lub tych, które w mojej opinii nigdy nie powinny przestać tworzyć!), to naprawdę nie żałuję lajka, a tekst, który mi się podobał, na pewno opatrzę komentarzem. Wiem, że to ważne dla twórcy. Nie chcę być bierna.

To z aktywności w mediach społecznościowych wziął się kontakt z redakcją Przystanku Planszówka, który nieźle namieszał w moim życiu w tym roku i z którym po roku intensywnego działania wiążemy wszyscy bardzo fajne plany. Jedna reakcja, jedna wiadomość, jeden komentarz – to truizm, ale małe, pozornie nieistotne rzeczy potrafią wprowadzić wielkie zmiany, a przede wszystkim rozpocząć NOWE.

2017, witaj

Wszystkie niepowodzenia i nierealizowane plany traktuję jako lekcję, bo nie pozostało mi nic innego na kilkadziesiąt godzin przed końcem roku. 2016 żegnam  z wdzięcznością, którą musiałam wypracować w głowie i bez żalu, którego wzbudzić w sobie nie umiem. Pozostaję wierna zasadzie, że „nowe życie” można rozpocząć w każdej chwili. Dziś jednak cieszę się, że układamy sobie rzeczywistość według dat i możemy czasem świętować nowy początek hucznie, ze wszystkimi.

2017 będzie dobry, ale nie dlatego że sobie tak zażyczę w sylwestra, a dlatego że na jego dobro zapracuję.

A jaki był Twój rok?

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter
  • Przemysław Kozłowski

    Mam podobnie. 2016 żegnam bez uczuć i emocji. Cieszę się że nauczyłem się podejmować trudne decyzje. Czasm z czegoś rezygnowałem na korzyść czego innego, czasem zdarzyło mi się zrezygnować na korzyść samego siebie. Czy wszystkie decyzje które podjąłem w 2016 były dobre ? Tego się nigdy nie dowiem i jakoś nie będę nad tym rozpaczał. Od 2017 jakoś wiele nie oczekuje, więcej oczekuje od siebie i może troszkę więcej oczekuję od otoczenia. :-) Najlepszego !

    • Super, że dostrzegasz pozytywne strony.
      Otoczenie, bój się Przemysława w 2017! :D Najlepszego również.