Autosabotaż

13 listopada 2016

 auto

– Wiesz, że półtora miesiąca nie pisałam na bloga?

– Co?!

– No nie pisałam. Bo jak siadałam do tego, to myślałam, że każdy pomysł na tekst jest głupi.

– O. Szkoda, że nie mówiłaś. Zostałabyś skrzyczana i pisałabyś na te głupie tematy.

 

Prawdopodobnie próbowaliście kiedyś pokonać nieznaną trasę na drugi koniec Polski, mając ze sobą do pomocy Krzyśka z GPS-em. Ba, mogła być to nawet trasa o połowę krótsza niż Gdańsk – Zakopane, ale prowadząca przez nieznane Wam dotąd rejony. „Optymalna” to takie ładne słowo, więc sugerowaliście Waszemu pomocnikowi, by właśnie taką trasę Wam wyznaczył. Zapowiadało się na to, że będzie bezpiecznie, w miarę szybko, a i nieodpłatnie.

Niestety, podczas podróży okazało się, że wielokrotnie musicie zbaczać z drogi o dobrej nawierzchni, którą mieliście nadzieję jechać dalej, gdyż Krzysiek w ostatniej chwili proponuje coś innego. Być może nie oznacza to, że z Bydgoszczy do Wrocławia pojechaliście przez Elbląg, ale za to mieliście okazję poznać nazwy wsi, o których się filologom nie śniło. Trasa optymalna stała się drogą niepewności, pełną niedzielnych kierowców w kapeluszach, potrąconych polnych zwierzątek, ledwo połatanych dziur… Stała się skakaniem na siedzeniu jak worek kartofli i wiecznym oczekiwaniem „ile jeszcze?!”.

Tak i ja ostatnio czyniłam w życiu. Na siłę szukałam optymalnej trasy: byle było dobrze i bezpiecznie. Co z tego, że na drodze leży kolejna pogrzebana ambicja, a na tablicy z nazwą miejscowości znowu literówka. Wszystko w imię bezpiecznej podróży! Kto by pomyślał, że zamiast tego mogłam po prostu odważyć się i wcisnąć wariant „trasa szybka”, nadając tym samym swoim działaniom chociaż nieznacznej dynamiki i widoczności. Cóż, najwyraźniej trzeba czasem się poczołgać po chaszczach, aby dopiero po ich pokonaniu stwierdzić, że może jednak „a chuj, zapłacę za tę autostradę”.  

Jadąc przez wspomniane wyżej krzakory, tą swoją optymalną i spokojną trasą bez opłat, dojechałam w końcu do miejsc, w których wbudowane radio nie chce odbierać. Słychać szumy i trzaski, informujące mnie z satysfakcją, że wszystko co robię, jest bezsensu, że tą trasą nigdzie nie dotrę, że wszyscy się obrazili, że na mecie nikt na mnie nie czeka, a w ogóle to o co to całe zamieszanie, przecież i tak za późno wyjechałam. Oczywiście jest dla mnie nadzieja, ale muszę wykupić cały zapas suplementów diety – wtedy wszystkie fale wrócą na swoje miejsce, te feng-szuja pewnie też, i już nigdy nie będę workiem kartofli wożonym po wioskach.

Ostatnia szansa, by zrobić coś bez dopalaczy,  jest w cichym głosie prezentera, który próbuje przebić się przez zakłócenia i krzyczy o treningach, planach startowych, pomysłach na teksty, zmianie pracy, priorytetach, planowaniu, marzeniach. Wciskam nerwowo wszystkie guziki na panelu, żeby go słyszeć wyraźniej, ale wiem, że da to tyle samo, co kilkukrotne informowanie na światłach, że chcę zielone, jeśli nie znam Darka.

Przejeżdżając niedaleko Żuław Wiślanych (choć może to Morze Martwe, ja nie wiem) zdaję sobie sprawę, że jest tylko jedno rozwiązanie – wyłączyć radio całkowicie i pojechać inaczej, niż sugeruje Krzysiek. Przyjąć na klatę to, co mi powie. A powie to, co pewnie i Wy słyszeliście nie raz.

Jesteś poza trasą. Nowa będzie lepsza.

 

Mam nadzieję, że do usłyszenia w nadchodzącym tygodniu.

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter