Carnival Cycling: wyobrażenia a rzeczywistość

2 lutego 2015



10911385_1613397745557429_4799274190853317150_o

Z perspektywy piętrowego autokaru podziwiam niedzielną, spokojną drogę. Jest mroźno, jest słonecznie, co chwilę dostrzegam sarnę z białym kuperkiem, która śmiga po polu pokrytym niską warstwą śniegu. W takich refleksyjnych warunkach przydałoby się posłuchać nastrojowej muzyki, ale nie ma to sensu, bo w głowie od rana młócenie „Fire”. Doznaję olśnienia, że specyfik wypity po maratonie (i nie mam na myśli miodu pitnego) chyba musiał zadziałać, bo w ogóle nie odczuwam bólu nóg. Wracam do domu ze spełnionym marzeniem w kieszeni.

Przez chwilę znowu jest lipiec 2013. Leżę na sofie w salonie jednego z londyńskich domów, oglądam na youtube film z Carnival Cycling i stwierdzam, że po roku bycia instruktorem nadal mam świra na tym punkcie. A więc pasja, a więc moc. Postanawiam, że kiedyś też pojadę na Carnivalu jako jedna z prowadzących. Oczywiście będę do tego czasu wyrzeźbiona jak babki z plakatów i żaden most w muzyce mi straszny nie będzie, bo wskoczę dwa poziomy wyżej.

Styczeń 2015. Nie jestem wyrzeźbiona, ale na Carnival jadę i żadnych pauz w muzyce się nie obawiam.

Godziny przed

Wyobrażenia: Lekki stres, mobilizacja, oczekiwanie, myślenie „nie mogę się doczekać”. Nogi już bez roweru poruszają się w rytm „Normalnie o tej porze”…

Rzeczywistość:

– No nie łudź się, coś tam na pewno spieprzysz.
– No. Pocieszające jest to, że nawet jak tak, to nikt się nie zorien… Aj, czekaj. Tam będą tylko najlepiej wyszkoleni ludzie w kraju. Kurwa.


– Najwyżej będę z podłogi sprawdzać swoje poczucie rytmu.
– Albo poczucie humoru innych…
– O jeny, o jeny, zaraz zwymiotuję, trzymaj mnie.
– Mucha, no co ty…
– Oo jeny, gdzie ci wszyscy ludzie idą, czy oni idą na Carnival?! Czy ten pan trąbił na mnie?!


Tuż przed

Wyobrażenia: Pojadę spokojnie pierwszą godzinę, trochę endorfinek się pojawi, potem podopinguję występujących z podłogi, poprawię fryz, wezmę oddech i wejdę na scenę.

Rzeczywistość: Jezusmaria, ale moc mają ci ludzie! Piąty raz dokręcamy, niczym sekta wykonujemy te same modły; skoki na dwa, kapie mi na kierownicę, koszulka przesiąknięta, mięśnie lekko drżą, co ta dziewczyna wyczynia na tej scenie, szoook!… Czyżbym się powoli zajeżdżała? Ach, no gdzie tam, trzeba jechać!

W trakcie występu

Wyobrażenia: Wejdę ogarnięta, spokojna, rozchachana, opanowana, uczesana, uśmiechnięta. Mimo nerwów pojadę co zaplanowałam, pięknie wyprostuję plecy i poczuję się jak na zajęciach w każdą środę.

Rzeczywistość: Głos drży, włos potargany, gdzie ja jestem, co ja jadę? Dobrze jadę, swoje, luz. Wdech i wydech. Proste plecy? Co to proste plecy?… [Jak ktoś ma problem z byciem „tu i teraz”, to polecam zafundować sobie taką rozrywkę…] Mikrofon oddaję, cyk, po wszystkim już?

Po występie

Wyobrażenia: Zejdę ze sceny ogłupiała z radości, na spokojnie coś zjem, przebiorę bluzkę, porobię zdjęcia, ochłonę. Wystarczy tej jazdy już. Posiedzę na imprezie po maratonie, w końcu nie będę taka zmęczona, integracja ważna rzecz.

Rzeczywistość: Schodzę ze sceny ogłupiała z radości. Chwieję się na nogach, prawie spadam ze schodków. Spokojnie siadając z tyłu, postanawiam nie wracać na rower, po czym słyszę to i znowu ląduję w pierwszym rzędzie z tętnem 170. Po maratonie zasypiam po jednym spojrzeniu na Narodowy za oknem.

Dwa dni później

Wyobrażenia: Niesiona na fali wspomnień z weekendu z energią zasiądę do pracy przy komputerze. Napiszę też relację na bloga – uwiecznię wszystko, co najlepsze, aby mieć do czego wracać w przypadku spadku nastroju. Dołączę dziesiątki zdjęć – powspominamy jeszcze raz!

Rzeczywistość: Niesiona na fali wspomnień z weekendu z energią zasiadam do pracy przy komputerze. Karty pamięci puste – nie pamiętam nic z sobotniego maratonu, na aparacie nie ma nic oprócz słabej jakości filmu. Tak, ktoś kiedyś stwierdził: powiedz Bogu o swoich planach, to się pośmieje trochę.

^^^

I widzicie. Tak to jest ze spełnianiem marzeń. Zdarza się, że prawie niczego się z tego procesu nie pamięta poza tą jedną chwilą jasności, kiedy postanawia się dokonać czegoś, co w chwili myślenia o tym pierwszy raz wydaje się niewykonalne.

PS. Dziękuję za uśmiechy.


fot. K. Zięba
Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter
  • Hej! Właśnie odkryłam, że byłam na Twoich zajęciach! :) Bella Line w Bydgoszczy? Rowerki stacjonarne? :) Świat jest mały! Bardzo pozytywnie poprowadzone! Dużo uśmiechu. :)

    • Zgadza się! Dziękuję bardzo i cieszę się, że dobrze wspominasz.
      Widzę, że nowy rowerowy blog się narodził – będę odwiedzać. :)

  • Guest

    Czasami w życiu trenujemy, pracujemy

  • Czasami w życiu trenujemy, pracujemy i wysilamy się po to … aby „przeżyć” chwile – które są krótkie ale pomimo luk pamięci :) warto to robić – to nasz cel, to jest po coś :) Pozdrawiam biegowo :P

    • Małgosiu, racja – te chwile to największa motywacja.
      Żeby uniknąć większej ilości słabych rymów, też już tylko pozdrawiam! :)