„Chrzań te diety” – chwytliwy tytuł… i co jeszcze?

Sobotnie popołudnie z kawą, poprzedzone uśmiechniętymi zajęciami IC na Miedzyniu i sauną – ach, cały pracujący tydzień można czekać na taki czas. Naprawdę, nawet problemu pierwszego świata nie jestem w stanie na tę chwilę wymyślić, czując, jak mi się łydki rozluźniły od ciepła i wiedząc, że nie muszę się z najwygodniejszego łóżka ruszać co najmniej kilka godzin. Chociaż… zobaczymy, czy Organizm nie zdecyduje po tej kawie, że jednak trzeba się przemieścić do innego pomieszczenia.

Nie o tym jednak chciałam!

Jako że na blogu wciąż istnieje kategoria o nazwie „Bez diety”, która była zaktualizowana chyba jeszcze za czasów blondu na mojej głowie i dodatkowych kilogramów na brzuchu (czyli „bez diety” w praktyce) postanowiłam opowiedzieć Wam o książce, która ostatnio wpadła mi w ręce. Trochę dlatego, że miała niebieską okładkę, a trochę przez tytuł.

„Chrzań te diety” – czyż taki rozkaz nie brzmi zachęcająco? Dodatkowo na okładce widzimy kobietę objadającą się ciastem, a po jej zaniepokojonym spojrzeniu widać, że docierają do niej krzyki mądrych głów: „cukier!”, „laktoza!”, „gluten”… Skoro mamy chrzanić diety, to czy spodziewać się, że w książce znajdziemy usprawiedliwienie dla wieczornego podjadania, sposób na ładną figurę bez wyrzeczeń i oficjalnie przyzwolenie na gluten?

Jeżeli ktoś tego oczekuje, srogo się zawiedzie. Pamiętajmy, że jedną z autorek jest dietetyk, zatem na pewno klauzula sumienia nie pozwala jej na zachęcanie czytelników do żywieniowych grzechów. Bardzo doceniam sposób  przekazywania wiedzy przez Agnieszkę Piskałę – przepraszam za brak wyszukanego słowa, ale ten styl jest po prostu… normalny. W dobie dietetyków, z których każdy chce ludziom wcisnąć swoją prawdę, i to najczęściej na większą skalę niż tylko w swoim gabinecie, okraszając „zero glutenowo-laktozowo-cukrowy” wpis swoim zdjęciem z ręki na fejsbukowym profilu, spokojne wyłożenie swoich racji jest przeze mnie naprawdę mile widziane. Świetnie czytało się tekst traktujący o odżywianiu, który nie opiera się na skrajnościach i nie powoduje, że człowiek ma wrażenie, iż zewsząd czai się żywieniowe zło… 

Zawodowe wspominki i dietetyczne wskazówki Agnieszki Piskały przeplatane są rozdziałami, w których dziennikarka Krystyna Romanowska rozmawia z coachami, psychoterapeutami i lekarzami. To dzięki nim inaczej spojrzałam na kwestię tak modnych ostatnio detoksów oraz marnowania jedzenia. Ponadto sporo treści poświęconych jest dzieciom, więc jeśli zastanawiasz się, jak postępować w przypadku Twojego małego Tadka-Niejadka i jak zachęcić dziecko do smakowania różnych rzeczy, pewnie zainteresuje Cię kilka rozdziałów.

To lekka lektura, którą prawie w całości pochłonęłam w trakcie podróży Warszawa – Bydgoszcz; pani Piskała pewnie jest ze mnie zadowolona, żem książkę pochłonęła, a nie paczkę landrynek. „Chrzań te diety” napisano przystępnie, z humorem, dając przy okazji do myślenia, szczególnie jeśli mowa o naszych żywieniowym zachowaniu z psychiką w tle. Żałuję, że niektóre kwestie nie zostały szerzej opisane, ale wydaje mi się też, że w takim przypadku książka trochę straciłaby na wspomnianej przeze mnie lekkości.  

Myślę, że wielu zagubionym w dietetycznym świecie osobom ta lektura pozwoli może nie od razu chrzanić diety, ale na pewno porozmyślać nad tym, co popycha człowieka do określonych żywieniowych zachowań i nabrać dystansu do treści na temat jedzenia, które zewsząd nas atakują. A dystans, szczególnie w branży fit, bywa ostatnio towarem deficytowym. 

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *