Co komu do szczęścia grubasa?

31 sierpnia 2016

budda

Kiedy byłam nastolatką, moim „guilty pleasure” były „Rozmowy w toku”. Programy dziwnej maści oparte na ludzkich dramatach nie były jeszcze tak powszechne, a Drzyzga brała na spytki osoby, które – podstawione lub nie – miały dziwić, bawić, szokować…  I pewnie sprawić, by widz poczuł się lepszy. Z wielu odcinków, które wtedy zaliczyłam, pamiętam jeden: dotyczył osób otyłych. Główne bohaterki w rozmiarze XXXL zuchwale opowiadały o tym, jak bardzo są szczęśliwe, jak to wcale nie mają zamiaru schudnąć i jedzą, co im się podoba. Wydaje mi się, że powiedziane zostało również, że nie chciałyby być szczupłe nawet, gdyby zapewniono im to bez wysiłku.

Prowokacja okazała się nadzwyczaj udana, w studiu wrzało. Po tym odcinku przez kilka lat obstawałam przy poglądzie, że to niemożliwe, by tamte kobiety (i inne grubasy) były szczęśliwe. Twierdziłam, że styl bycia bohaterek show wskazywał na to, iż tak naprawdę mają kompleksy. Życie z wieczną zadyszką musi być smutne i takie osoby powinny coś dla swojego dobra zrobić – oceniłam. Jakby ten program był jakąś wyrocznią…

Dla swojego dobra? A może dla społeczeństwa?

Mamy teraz doskonałą przykrywkę do oceniającego spojrzenia: jest nią jakże modne „zdrowie”. W dobie fitnessów i tysiąca diet możemy tłumaczyć, że to wszystko z troski: gruba osoba powinna się za siebie wziąć, bo za chwilę spadnie na nią mieszanka cukrzycy, miażdżycy i innych -dżyc. Jest w tym prawda, w końcu otyłość otwiera drzwi wielu chorobom, a często jest też ich wynikiem. Ponadto rodzice powinni dawać dzieciom dobry przykład również w kwestii odżywiania, a jakże często otyły rodzic = otyłe dziecko. Nie mamy jednak prawa wycierać sobie zdrowiem ust, które przed chwilą rzuciły jakąś obelgę w stronę osoby z nadwagą. Bo czy równie chętnie powiemy szczupłemu, by przestał niszczyć zdrowie paleniem papierosów? Pewnie nie, przecież jego zadymionych płuc nie widać, a widok grubasa razi w oczy… Kto w powszechnej opinii będzie się bardziej obijał, przychodząc na zajęcia? Osoba otyła, czy szczupła? Moje doświadczenie pokazuje mi, że… Nie, tutaj nie ma żadnej reguły. Nie będzie generalizacji i stereotypów.

Szczęście zawsze było trudne do zdefiniowania. Dziś, dzięki technologii, możemy szukać w Internecie hasłowych rad, jak ten stan osiągnąć. I choć zdrowy jadłospis na pewno będzie czynnikiem szczęścio-wspomagającym, to nigdzie nie napisano, że istnieje jedyna słuszna waga, po osiągnięciu której człowiek poczuje się spełniony. Co gorsza, najczęściej bywa odwrotnie: wymarzona waga okazuje się dla niezaspokojonego mózgu zbyt wysoka i tak zaczyna się popadanie w drugą skrajność. Pokuszę się więc o stwierdzenie, że kilogramy/centymetry nie są przepustką do szczęścia (czy to nie byłoby zbyt prymitywne?), a jest nią po prostu miłość do siebie bez względu na powyższe czynniki. Ta jednak nie jest dochodowa, bo kto wtedy kupi te wszystkie kremy, drukowane porady, suplementy i modne rzeczy szyte przez małe rączki?

Sami, o ile do tego doprowadzimy, mamy zdefiniowane szczęście według własnych wytycznych. Nie ma potrzeby, by przekładać te schematy na kogoś i na ich bazie oceniać, czy osiągnął on spełnienie. Może zamiast zastanawiać się nad szczęściem grubasa, warto pomyśleć, dlaczego ono w ogóle nas interesuje i po co się w nie wtrącamy?

Zatem: nie. Dzisiaj już nie uważam, że szczęście grubasa jest wykluczone przez liczbę, którą pokazuje mu waga. 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter