Czekoladowe chwile z Londynu wróciły

28 marca 2015



brownie
 Agata Muszyńska, lat wtedy 23, z dawką czoksu potrzebną do przeżycia
Miałam kiedyś przesmaczny epizod w życiu, a była nim wakacyjna praca w Londynie. Za pierwszym razem tak pyszna, że cieszyłam się, iż za dodatkowe kilogramy na biodrach liniom lotniczym nie trzeba płacić jak za nadbagaż. W drugim przypadku, prawie każdego dnia, pokonując w każdą pogodę kilkanaście kilometrów na rowerze, robiłam sobie krótką przerwę w parku niedaleko Camden Town, a podczas niej wciągałam na drugie śniadanie angielskie brownie.

To bardzo silne wspomnienie, jedno z najwyraźniejszych z tamtego czasu. Ludzie w zielonym parku biegali sami albo z psami, spacerowali z dziećmi, przyglądali się ptakom w stawie. Czas zatrzymywał się na chwilę w momencie, kiedy w moich ustach lądowała gęsta, słodka masa w postaci kawałka brownie, które miałam w koszyku. Czułam wolność, czułam się panią swojego świata na rowerze i wiedziałam, że zrobię wszystko, co postanowię. Ech, te skojarzenia ze smakami, zapachami, dźwiękami…

Powrót do polskiej rzeczywistości nie był trudny, ale bardzo chciałam londyński stan przenieść do swojego życia w ojczyźnie. Kotwicą mogło być brownie, które jadłam podczas tych kilku minut przerwy w pracy. Nie miałam żadnego przepisu – pozostało więc próbować tych znalezionych w internecie. Z każdym kolejnym wypiekiem miałam nadzieję, że powoli zbliżam się do ideału, do którego kluczem jest konsystencja tej czarnej masy.

Brownie, o którym opowiadam, nie jest bezcukrowe ani bezglutenowe – jest za to bez diety, jakby ta kategoria powstała właśnie dla niego. Zatem zapomnij o tym deserze, jeśli katujesz się radykalnym ograniczeniem przyjmowanych kalorii. Zapewniam natomiast, że jeden kawałek takiego ciasta na pewno wystarczy, by zaspokoić chęć na słodkie, bo odpowiednio zrobione, dosłownie, jak to zwykłam mówić, skleja buźkę. (No dobra, nie mówię „buźkę”, ale słodyczy tego wpisu nie będę okraszać zbyt mocnymi słowami).


W tym tygodniu, po wielu próbach, prawie udało mi się odzyskać smak londyńskich przerw w pracy


Potrzebowałam do tego dwóch kostek masła, trzech gorzkich czekolad, trochę cukru i mąki (po około pół szklanki), dwie duże łyżki kakao, a także trzy jaja i szczyptę soli. Zanim zabrałam się do roboty, włączyłam piekarnik do 160 stopni, aby się nagrzał.

Brownie to ciasto banalne w przygotowaniu. 1/3 jednej tabliczki czekolady trzeba pokroić na mniejsze kawałki, a po tym można odłożyć to do lodówki. Pozostałe czekolady lądują razem z masłem w jednym naczyniu i podgrzewamy to razem tak, by zrobiła się z tego płynna masa (marzenie każdej kobiety podczas PMS). W tak zwanym międzyczasie można zmiksować trzy jaja z cukrem, a potem dodać do tego ciepłą czekoladowo-masłową masę i wymieszać. Pozostaje dołożyć mąkę, kakao, sól i tę czekoladę w kawałkach z lodówki, po czym wylać gęścinę na blachę (forma do tarty sprawdziła się świetnie) i piec 20 minut.


Najlepszy zakalec na świecie!

Jestem tak blisko smaku londyńskiego brownie, że już prawie czuję popołudniowy ścisk w autobusie 29 i słyszę muzykę z Cyber Doga.
Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter