Czym się różni łyżka od jesieni? Je sie nią

27 września 2016

jesien

Siema, moje Kasztany!

Wiecie co… Podziwiam osoby, które twierdzą, że nie ma czegoś takiego jak „wena”. Po prostu zasiadają do pisania i chociaż nie bardzo wiedzą, o czym chcą dywagować, tworzą wpis, który potem spotyka się ze świetnym przyjęciem. Z zainteresowaniem patrzę też na te jednostki, które prowadzą blogi, na których z  większości wpisów dowiaduję się, że autorzy są niespecjalnie przekonani o swojej umiejętności składania zdań. Co, swoją drogą, nie przeszkadza im w codziennym wyciąganiu z siebie różnej maści treści. Chyba czas na korepetycje.

No. A ja, to ja. Jak sportu jest za mało w moim życiu to się zastanawiam, o czym ja mam tu prawić do Was, z takim tętnem niskim i bicepsem typu flaczek. W akcie desperacji mogłabym zrobić coś w stylu „Dziesięciu najciekawszych linków z internetów z ostatniego tygodnia” [tagi: jesień], ale chyba brakuje mi do tego… tych ciekawych linków. Przez ostatnie miesiące chyba też moje blogowe poczucie humoru umarło i jak patrzę na wpisy sprzed dwóch lat, to się zastanawiam, kim był ten człowiek i czemu nie jest już taki porąbany pisarsko.  Policja, proszę przyjechać na bloga, zajebali humora!  

Powiem więc Wam tylko, że przyszła jesień. O szóstej rano szukam już raczej włącznika do światła niż wstającego przy wieży kościoła słońca. Na niebie widać tylko czerwoną poświatę, słońce pokaże się dopiero w połowie drogi do pracy. Może sadząc promieniami w oczy tuż po piętnastej, chce mi trochę wynagrodzić to, że budząc się przy oknach wychodzących na wschód przez kilka miesięcy nie będę go widzieć…?

Pierwszy raz żal mi lata, po którym już prawie nie ma śladu. Żal wszystkich godzin, których nie wykorzystałam na ostrym, żal beztroskiego biegania po plaży, ciepła na skórze i piasku w butach. Balkonu zatopionego wieczornie w owocowym dymie i gości na tym balkonie. A teraz w asyście ciepłej herbaty odkurzę planszówki, radiowy mikrofon, a – już bez herbaty –  wciskając play i pedały uruchomię fabrykę endorfin. Raz będę pośrednikiem zrzucania zbędnych kilogramów z moimi nowymi słońcami, a raz przybliżania się największych fajterów do świetnych wyników we wiosennych startach MTB. Może tak przepracujemy zimę, że w kwietniu jadąc pod górę w błocie stwierdzisz, że było na tego indoora przychodzić?

To powiedz mi, bo to zawsze nagroda.

Powiedz też, co u Ciebie.

 

 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter
  • Przemysław Kozłowski

    A ja już mam chwilowy przesyt sportu :-) jak co roku, jestem zmęczony i wyłażę na trening z musu i chęci wypełnineia planu. Jeszcze 10 dni… i może to jest dziwne ale do tych 3 tygodni roztrenowania tęsknie równie mocno jak do treningów na basenie, kręcenia na trenażerze, pójścia na grzyby, wyspania się, urlopu, sniegu i innych rzeczy. Zima i wiosna będą przepracowane bo w końcu trzeba coś robić w te długie ciemne wieczory :D

    • Nie dziwię się, że masz przesyt. Ale został już tylko kawałek do TEGO startu! Dbaj o głowę. :) Długie wieczory – no, dla mnie to zawsze był plus jesieni i zimy. Można się schować w domu bez wyrzutów sumienia i sobie po cichu pracować, by wiosną zobaczyć efekty. W jakiejkolwiek dziedzinie. :)

  • musterion

    Zabieram się do tego posta dopiero po miesiącu, ale odpocznij, nic na siłę. Motywacja/wena odchodzi i wraca. Albo dowal sobie tyle obowiązków, żebyś nie miała na nic więcej czasu, szybciej zatęsknisz.

    • Dzięki. :)
      Właśnie obowiązków za dużo i nie umiem na tyle wyciszyć głowy, by coś dobrego napisać. Ba, by napisać cokolwiek. A tęsknię już teraz. Ale zaczęłam wprowadzać zmiany i mam nadzieję, że niedługo spotkamy się na blogu znowu.