Dietetyczna spowiedź w Internecie

31 lipca 2016

alana

Przychodzę dziś do Państwa z krótką refleksją. Co ja klikam w tym internecie, że mnie to wszystko spotyka?!

Nawrócone blogerki, ku uciesze gawiedzi, robią dietową spowiedź. Schemat jest dość prosty.

Słuchajcie, ludzie, zarastanie tłuszczem jest passe. Teraz tłuszcz się włącza do diety. Główna bohaterka będzie ciąć węgle na dziko, ważyć składniki, odmawiać sobie (lista ¾ produktów spożywczych) i codziennie dawać Wam znać na instagramie, jak jej się wrzyna w żebra nowiusieńki kaloryfer.

Wszystko pięknie, czytelnicy zmotywowani, zmieniają nawyki, idą śladem, by po kilku tygodniach, względnie miesiącach, przeczytać:  

Nieee, słuchajcie, to jednak bezsensu – najlepsze jest życie bez diety, mentalny chillout i pozwalanie sobie od czasu do czasu na normalne (!) jedzenie. Tym razem lajki polecą za zdjęcie, gdy pełna wyrzutów sumienia wobec własnego ciała, leży pod TĄ półką w domu i zbiera ostatnie okruszki herbatników. Czytelnicy, uspokojeni, wciskają krzyżyk i idą do lodówki.

I nie wiem, czy problem jest w tym, co piszą „nawrócone”, czy w tych ludziach, którzy ślepo za tym podążają. Czy to może ja mam z tym problem, że oni najpierw będą z nią wpieprzać kurczaka z ryżem (ryż?! Po bogatości!), a potem w kompulsjach rzucą się na czekoladę? W końcu autor/autorytet nie może przewidzieć, do jakiej masy i jakiej jednostki swoimi słowami dociera. Nie musi robić dopisków, że nie odpowiada za to, co czytelnik zrobi po przeczytaniu tekstu. I czy dotrą do odbiorcy, oprócz początkowego wychwalania restrykcyjnej diety, również późniejsze gorzkie żale i postanowienie poprawy o życiu bez dietetycznej spiny. A jeśli dotrze i jedno, i drugie, to czy czytelnik doceni uczenie się na błędach, czy może będzie miał już sieczkę z mózgu? Może smutne tak naprawdę jest to, że tak bardzo mieszają nam się te dobre rady, że wolimy nie zagłębiać się w kolejne specjalistyczne teksty, ale posłuchać kogoś, kogo zwyczajnie lubimy? Takie nastawienie może (ale nie musi) sprawdzić się, gdy szukamy nowego komputera, gdy chcemy pojechać gdzieś na wakacje i potrzebujemy polecenia konkretnego miejsca, ale raczej nie w przypadku „diety”, którą każdy powinien mieć dostosowaną do siebie, jeśli chce coś zdziałać. Serio, będąc wysoką i umięśnioną 25-latką, będziesz sugerować się jadłospisem 35-letniej, bardzo szczupłej biegaczki, bo po prostu lubisz ją czytać?

Piję do tego dziwnego trendu, kosmicznej dietetycznej fazy, którą chyba każda (każdy?) musi przejść, żeby w końcu doznać oświecenia. Ludu mój, naprawdę warto zakładać, że autorytety też są ludźmi i mogą się mylić. Dziś fitnesski są nawrócone z płatków kukurydzianych na jajecznicę na boczku, ale jutro, pod wpływem doświadczeń albo kolejnego szkolenia, mogą pisać o fatalnym wpływie ketozy na ich formę i uświadamiać innych, jak wielkie poczucie szczęścia powodują węglowodany. A Ty, człowieku, obudzisz się nagle z otępienia i stwierdzisz, że narobiłeś zapasów oleju kokosowego na rok i nie masz już gdzie schować kaszy, która za pozwoleniem autorki może wrócić na kuchenne salony.

Samodzielne myślenie jest w cenie. Warto najpierw samodzielnie przetrawić każdą złotą myśl i spowiedź znalezioną w Internecie, bo i za nas nikt nie przetrawi tych wszystkich boskich składników w polecanych jadłospisach.

A że dla zdrowych ludzi najfajniejsze jest racjonalne żywienie bez wydziwiającej diety, to serio nie jest żadna nowość.

 

Dobrze, że nie miałam bloga 5 lat temu, bo pewnie byłby to tekst o mnie.

 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter