Dlaczego nie pojechałam na Evo

5 listopada 2017

Na co dzień częściej się szczerzę niż wykrzywiam usta w podkówkę, więc nie dziwi mnie, że gdy wybieram to drugie, otoczenie bije na alarm i zastanawia się, co się stało: czy pies mi zdechł, czy skończyły się ciastka. Zainteresowani mogą mi mówić, że licho wyglądam, że mniej się śmieję niż zwykle, że mam się ogarnąć, a ja spokojnie słucham i odpowiadam, że spoko.

Przez pięć lat nie zdarzyło mi się, by któryś z uczestników zajęć powiedział: „Widać, że jesteś zmęczona”.

„Ja tak wyglądam bez makijażu!” – mogłam zażartować, słysząc to po raz pierwszy kilka tygodni temu, ale kto by to łyknął? Na pewno nie ten, kto regularnie widzi się ze mną na rowerowej sali; tam, mimo świateł uwydatniających wiele niedoskonałości, najczęściej pokazuję twarz taką, jak ją Pan Bóg stworzył. Bo mi szkoda czasu i całych trzech produktów do makijażu na tynk, który zaraz odpadnie czy spłynie.

Mam taką zasadę: może mi się nie chcieć, mogę mieć zakwasy, focha, ból głowy, być przejedzona, głodna, wkurwiona, zdegustowana, zestresowana, styrana, ale z chwilą przekraczania progu sali IC, uśmiech na paszczę i do boju. Po pierwsze, uczestnicy przyszli po dobre nastroje i pozytywne zmęczenie (w skrajnych przypadkach: po trening, hehe), a ja na sali jestem gospodarzem, a nie głodną/leniwą/(wpisz swoją propozycję) królewną. To mój zasrany kochany obowiązek, by podczas najbliższej godziny na zajęciach panowała dobra atmosfera. Po drugie, robię to również dla siebie, bo jak wiadomo, mózg można oszukać, udając uśmiechy, jest więc prawdopodobne, że jeszcze przed największą petardą zajęć, poczuję się doskonale bez konieczności udawania.

No to jak ktoś na głos zauważył, że moja domyślna funkcja „uśmiech na paszczę” się spartoliła, to już naprawdę trzeba coś z tym zrobić. Owszem, gloryfikuję normalność, chcę być z dala od idealnego fit-światka, nie bałabym się powiedzieć wszystkim prosto w oczy, że moja bateria jest tak wydajna jak ta w smartfonie podłączonym do WiFi, ale…

Postanowiłam rozwiązywać, zamiast gadać o rozwiązaniu.

Po pięciu latach poczułam – i usłyszałam – że jestem zmęczona. Może dla Ciebie, czytającego, nie jest to zaskoczenie i wydaje Ci się, że łatwo przechodzi mi to przez palce. A tu niespodzianka! Takie głośne stwierdzenie kosztuje mnie więcej niż etap pływacki na triathlonie. Jeszcze bardziej smutna jest świadomość tego, że nie jestem sama. Bez zająknięcia mogę wymienić imiona osób w moim otoczeniu, dla których „odpoczynek” jest słowem z obcego języka albo synonimem lenistwa. Jakaś pieprzona plaga – zakaz odpoczywania. Wypisałam się z tego.

Mogłam jechać na Evolution Ride 2017. Czatować na rejestrację, zaklepać rower, w Łodzi naładować akumulatory, przebywając choć kilka godzin w naszej rowerowej społeczności. Nauczyć się czegoś, odświeżyć tę pasję, wrócić do prowadzenia zajęć bogatsza o kolejny maraton – w końcu zwykle to rozwiązanie działało. W tym roku trzeba było wyłączyć oszukiwanie się, przełknąć gorzką myśl zgodną z prawdą: mimo świadomego unikania skrajności, tym razem należy wybrać odpoczynek totalny, a jego ceną będzie niedoświadczenie największego wydarzenia z indoor cycling w roli głównej.

Chyba i tak nie wpuszczono by mnie do lokalu, bo przyjechałabym bez obowiązującego stroju – uśmiechu na twarzy. Jeśli mam być szczera, sama siebie też bym nie wpuściła. :)

 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter