Dojrzewanie do biegania bez muzyki

1 czerwca 2016

słuchawki

Był ze mną wszędzie. Podczas spacerów z psem i na nudnej lekcji. Podczas gwarnej przerwy dawał sygnał, żeby nie podchodzić i nie zagadywać. Przez kilka lat regularnie sączył do uszu dźwięki, które wzmagały jakże trudne, wyolbrzymione, nastoletnie problemy. W końcu nic tak nie pogłębia szczeniackich wzlotów i upadków jak odpowiednia ścieżka dźwiękowa, o tekstach aspirujących do bycia głębokimi.

Odtwarzacz mp3 był hitem totalnym. Wpinasz coś do kompa, nie usuwasz bezpiecznie, i nagle Twoje zespoły, które rozumieją Cię jak nikt, nie muszą czekać, aż wrócisz ze szkoły, by móc się do Ciebie wydrzeć z głośników. Teraz drą Ci się do ucha regularnie, gotują z Tobą makaron i (nie) rozmawiają z Tobą z bliskimi. Dzięki małemu urządzeniu nie opuszczają Cię na krok i mają coraz większy wpływ. Na Twoje bębenki. Na rytm biegu też.

 

Jeśli już nawet ja twierdzę, że mogę biegać bez muzyki, to każdy może. Ale czy każdy musi?

 

Czasami jedyną motywacją do tego, by ruszyć dupę na bieganie, było dla mnie to, że mam nowe utwory w mp3 i chcę sprawdzić, czy dodadzą mocy. Ulubione piosenki pozwalały nie tylko utrzymać tempo podczas biegu, ale również przetrwać długie wybiegania, które byłyby monotonne w niezbyt zaskakujących okolicznościach przyrody, gdyby nie odpowiednia ścieżka dźwiękowa. Koncentrowałam się na muzyce, a nie na przyspieszonym oddechu, który chwilami irytował. Odtwarzacz mp3 był dla mnie tak nieodłączną częścią biegania jak buty do tego przeznaczone. Miałam nawet wrażenie, że prędzej pójdę biegać boso niż męczyć się bez muzyki.

Lata lecą, zmieniają się potrzeby, a ja… wychodzę biegać bez słuchawek (i nie kieruję się tu tylko tym, że nie chcę uszkodzić sobie słuchu, choć to też pasuje do mojej filozofii życiowej).

Nie zdziwię się, jeśli wielu z Was powie, że bieganie bez muzyki nie daje satysfakcji, nuży, nie sprawia przyjemności. I trudno będzie mi się z tym nie zgodzić. Myślę, że wszystko zależy nie tyle od osobistych upodobań, co od potrzeb. Jeśli postępowałabym zgodnie z tymi pierwszymi, najpewniej wciąż uzbrajałabym się w słuchawki, wychodząc na truchtanie. Biorę jednak wdech i kieruję się swoimi potrzebami i oczekiwaniami wobec biegania. A od dawna już nie oczekuję, że dzięki niemu drastycznie wzrośnie moja kondycja albo zrobię inną szaloną rzecz: schudnę (zresztą, czy do tego potrzebna jest muzyka?).

Ta aktywność oczyszcza mi głowę – to jej główne zadanie. Wyjątkiem są tylko starty, podczas których chcę mieć ze sobą muzyczne przyspieszenie. Jeśli zaś chodzi o codzienność… Kiedy bieganie zamieniło się w życie w biegu, kilometry na trasie w kilometry w sali IC przy głośnej muzyce, i kiedy okazało się, że mogłabym zrobić specjalizację z przebywania w szumie informacyjnym, zorientowałam się, że dodatkowy hałas podczas chwili dla mnie to chyba nie do końca to, czego pragnę. Bo i bez niego wystarczająco słabo słyszę… siebie.

Pomogło mieszkanie nieopodal lasu. To, że lubię przebywać pośród natury sprawiło, że któregoś dnia po prostu wyszłam bez mp3. Drugim powodem było to, że biegając sama po lesie wolę słyszeć, co dzieje się dookoła mnie i nie dawać szansy ewentualnym napastnikom. Byłam przekonana, że to będzie ciekawe, ale bardzo męczące doświadczenie. Nie pomyliłam się. Nie ma co spodziewać się przypływu natchnienia i oświecenia po pierwszym kilometrze bez słuchawek. To po prostu irytujące i spowalniające, jeśli nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Zamiast skupić się na spokojnym biegu, poszukuje się różnorakich bodźców, a tym może być co najwyżej jakiś trzask w krzakach. Nic mobilizującego, o ile to nie niedźwiedź, prawda?

Zdaję sobie sprawę, że do takiej zmiany trudno się przekonać. Myślę jednak, że wszyscy, którzy narzekają na brak czasu dla siebie, na chaos w głowie, na nadmiar bodźców, powinni na próbę spróbować czegoś na kształt biegowej medytacji. Może to zbyt mocno powiedziane, ale jeśli potrzebujesz się wyciszyć, a nie wyobrażasz sobie jeszcze usiąść i nie myśleć o niczym przez pół godziny, wybranie się pobiegać bez usznego oprzyrządowania powinno przynieść nieoczekiwane, pozytywne rezultaty. Ulgę.

Wiem: nie każdy ma szansę zacząć dzień od przebieżki w lesie, gdzie można zaciągnąć się świeżym powietrzem i posłuchać śpiewu ptaków (w końcu tak wyobrażamy sobie idealną scenerię do biegania). Jako dziecko blokowiska zapewniam, że i podczas osiedlowej przebieżki o poranku można usłyszeć nie tylko to, co w podeptanej trawie piszczy, ale i pytania, na które wypadałoby sobie odpowiedzieć.

A przecież w tym stanie „po bieganiu” nic nam niestraszne, nawet one.

 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter
  • Pięknie to opisałaś. Ja dopiero teraz dojrzałem do biegania bez słuchawek. Na długie wybiegania nadal biorę słuchawki z audiobookami, na krótkie i intensywne nie biorę nic. A na zawody… Już kilka razy startowałem ze słuchawkami i do końca niczego nie włączyłem. A w Bielsku ostatnio mocno zmotywował mnie i zahipnotyzował … rytmiczny tupot butów… :)

    • Dziękuję.
      Mimo całego mojego wychwalania biegania bez słuchawek uważam, że na audiobooki warto się czasem skusić. W końcu dają coś więcej niż ciągle ten sam beat. Dla mnie to szansa wrócić mądrzejszą z biegania. :D

  • Agata Białas

    Kocham odgłosy natury. Jeśli mam możliwość pojeździć rano w parku – cieszę się na samą myśl. I wtedy mega słyszę siebie, ja outsider ;-) Wracając, narasta we mnie złość. Szum aut, ulica, wracam jakby na inną planetę. Dlatego jeżdżę bez słuchawek (bo nie biegam, w ogóle), słucham natury i swojej natury (tylko która z nas jest która ;-) :-P , poleciałam banałem;-) )