Dziesięć lat od matury. O okolicznościach

7 maja 2018

Ekspresję i poziom energii życiowej w ostatni piątek miałam takie, że niejeden by stwierdził, iż nadeszły te magiczne dni w miesiącu… Niestety, gorzej: to obniżona podaż węglowodanów. I w taki dzień mnie olśniło, że 10 lat temu, w te pierwsze majowe dni, pisałam maturę.

Matura jak matura, na tę chwilę pamiętam tylko dość głośne przygotowywanie się do ustnej z angielskiego i sto procent z polskiego w Dzień Matki. Reszta przeszła raczej bez echa, natomiast to co po niej…

W takim momencie życia wybierać, jaka ma być jego dalsza część, to sprawa niełatwa. Mając lat prawie dziewiętnaście pewnie najbardziej chciałam chodzić na koncerty, a z tego, jak się domyślamy, trudno wyżyć. No to sobie spontanicznie wybrałam, stojąc nad brzegiem Bałtyku, jak będą wyglądać najbliższe lata – pójdę na studia, gdzie nauczą mnie pisać (należy zaznaczyć, że pracowałam wtedy bez dnia wolnego, zasilając się kajzerkami z pasztetem, trudno więc o racjonalne decyzje). Trzeba przyznać, że dość ciekawy powód, raczej nie potwierdzający, że mam na koncie egzamin dojrzałości. Swoją drogą, to chyba jakiś psychiczny defekt: próba zrobienia z życia hobby.

Studia traktowałam jako przepustkę do lepszego życia i – nie boję się tego teraz napisać – same w sobie okazały się być rozczarowaniem. I gdybym patrzyła tylko przez ten pryzmat, te lata mogłyby jawić się jako stracone. Mogłabym mówić, że trzeba było jednak zawalczyć o inny tych studiów kierunek.

I zanim tekst uderzy w przesadnie refleksyjne tony, chciałabym jasno rzec tym, którzy może teraz przejmują się maturami, potem będą płakać na jej wynikami, albo po pierwszym roku studiów pukną się w czoło, na co się wyrwali…

Jakoś to będzie. :)

Poczucie niespełnienia na wybranych studiach zaprowadziło mnie do studenckiej rozgłośni radiowej, która oprócz umiejętności improwizowania na egzaminach i odkrycia chęci mówienia do ludzi, dała mi przyjaciół, i – całkiem nieoczekiwanie – miłość. To przymusowe praktyki na właśnie tych studiach zaowocowały czymś, czego nigdy bym się nie spodziewała – zwyczajnym darmowym wejściem do klubu fitness, które w rezultacie okazało się namieszać w życiu bardziej niż niejeden papier z zaliczonych praktyk.

I tak sobie jeżdżę na ostrym – stacjonarnie i w terenie.

Chwytanie okazji, uśmiechanie się do okoliczności

Jestem dyplomowanym dziennikarzem, a magistrowanym to już się nie wyrażę, kim. Ale to nie papiery (które nawet nie wiem, gdzie leżą…) determinują to, kim się stałam w ciągu tych dziesięciu lat. Podczas gdy wielu moich znajomych robi karierę zgodną z wybranym przez nich kierunkiem studiów, ja spotykam na swojej zawodowej drodze ludzi, którzy ciągle szukają, choć na rynku pracy są już tyle lat, ile minęło od mojej matury. I obie ścieżki są dobre. 

Czas egzaminów dojrzałości i wyboru studiów (opcjonalnie: akademika, w którym będzie najwygodniej chlać się uczyć) ma w sobie jakąś uroczą dramaturgię, której nie chcę nikomu odbierać. Mam po prostu nadzieję, że tegoroczni maturzyści będą się uśmiechać nad swoimi dziwnymi/rozsądnymi/spontanicznymi decyzjami, jak i ja dziś śmieję się do swojej.

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter