Egzamin z jazdy na rowerze

 

Specyficzna woń klubu fitness. O tak, każde takie miejsce ma swój zapach. Mieszanina tego, jak pachną maszyny, jak markowe ciuchy i jak środki do czyszczenia podłogi. Bywają takie kluby, w których nie znajdziesz zapachu zmęczenia i potu, jakby zupełnie nie w tym celu stworzono takie miejsca. Wszystko wypolerowane na błysk. Twarze klientek też.

Dziś nie zwracasz na to wszystko uwagi, ale kątem oka widzisz, że tutaj ludzie przyszli ćwiczyć, a nie wyglądać. Widzisz też znajomą grupę. Wszyscy się bardzo lubicie, ale w taki poranek nie chcesz na nikogo patrzeć, bo wiesz, co znajdziesz w oczach drugiego. Są dwie opcje: albo jego nerwy, albo odbicie swoich wewnętrznych stanów. Jeśli dostrzeżesz obie rzeczy, kamień w okolicy żołądka zacznie się powiększać. Lepiej wbić wzrok w podłogę – korzystasz z tej opcji. W skupieniu wiążesz buty. Na sznurówkach lądują rzepy. Och, krzywo. Charakterystyczny dźwięk odpinania. Zapinasz ponownie.

Wiesz, że umiesz. Że ćwiczone było. Wszyscy mówili, że to pikuś – zdać egzamin z jeżdżenia na rowerze. Przecież został zdany już dawno, kilkanaście lat temu, kiedy się wkurzyłaś i rozpędziłaś się z górki. W końcu „tyle lat, a ty jeszcze nie umiesz jeździć na rowerze”… Oczywiście przeszkadzało to wszystkim wokół, ale nie tobie. I podobni tamtym ludziom mówią ci teraz, że przecież to nie problem zdać egzamin z jeżdżenia w miejscu.

Tak, umiesz, tyle że swoją wyluzowaną, uśmiechniętą część zostawiłaś kilkaset kilometrów od miejsca, w którym jesteś teraz. Powstrzymujesz się, by zamiast machania rękoma na egzaminie po prostu nie machnąć na to wszystko ręką i dać sobie spokój. Ostatni raz wspominasz przygotowany utwór – na szczęście dla wszystkich nie będziesz jej odśpiewywać. Znasz te fragmenty co do bitu. Doprowadziłaś do sytuacji, w której w głowie potrafisz odtworzyć czterominutową piosnkę. Znajomość wiersza, który mówiłaś w zerówce, to przy tym bułka z masłem – nawet, jeśli nie jesz pieczywa.

Buty zapięte, a więc jedną magiczną chwilę masz już za sobą. Przypominasz sobie, że to magiczne chwile dodają pewności. Zaraz potem druga: wpięcie butów w pedały. Ten moment przenosi w inny świat. To świstoklik: nagle jesteś z dala od codziennych obowiązków, nie dotknie cię też zły humor pani w spożywczaku, nie twoje cele guzik cię obchodzą.


Ale jesteś też z dala od najbliższych. Jesteś sama. Sam.


Zanim samotność ogarnie na dobre, nastaje kolejny dobry moment. Trzeci z rzędu. Pierwsze uderzenia muzyki, łapanie tempa. Dostosowujesz obciążenie, by się nie rozpędzić zanadto. O dwa ruchy czarną gałką za dużo. Kilka słów, które wypowiadasz tonem, udającym spokojny. Może być pewien siebie, może być mocny. Ale nie opanowany. Ty to wiesz. Oni naprzeciwko ciebie też wiedzą.

Nogi drżą jak na sprzęgle, kiedy stałaś na światłach i zastanawiałaś się, czy tym razem to ty wrócisz za kierownicą do WORDu, a nie jako pasażer, i tym samym wyjdziesz z tym cholernym świstkiem.

Ale w egzaminacyjnym aucie tak nie zasychało w gardle, bo nie trzeba było nic mówić, tylko słuchać, na którym skrzyżowaniu skręcić w prawo. Na rowerze struny głosowe wysychają od razu, a tu jeszcze musisz oddać tyle emocji. Tyle umiejętności. Dać to ludziom, którzy są zestresowani co najmniej tak samo. Musisz dać entuzjazm, który naturalnie czujesz na każdych zajęciach, kiedy słyszysz znajomy, ulubiony bit. Ech, każde zajęcia… Nie możesz nadziwić się, jak inne są od tego, co przeżywasz teraz. W swoim klubie, w swojej strefie komfortu – uśmiech to żaden wysiłek w porównaniu z tym, jak bardzo pozoruje się luz na egzaminie.

Tyle stresu, tyle nerwów. Wydaje się, że jeden pojemnik nie może tyle w siebie wpakować (zwykle myślisz tak o jedzeniu. Teraz to emocje się nie mieszczą).

Już dwie minuty po egzaminie wraca stare nastawienie. Przypominasz sobie, że to uwielbiasz… Później jest radość, ale zawsze inna niż sobie człowiek wyobrażał.

– I zostaje taka pustka, nie?

– No, jak zawsze po realizacji celu.

Ot, życie. Nawet na rowerze stacjonarnym przemieścisz się do przodu.

tetno

W ramach ciekawostki zamieszczam wykres swojego pulsu podczas egzaminu.

– Jakie masz tętno?
– Nie powiem wam, bo stracę autorytet. Pomyślicie, że jakaś niewytrenowana lala przyszła prowadzić zajęcia…

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *