Fetysz śniadaniowy

24 kwietnia 2016

breakfast

Dziś obchodzimy Europejski Dzień Śniadania. No właśnie, obchodzimy? Śniadanie zjedzone, czy pomyślicie o tym dopiero… w porze obiadowej?

Obecnie o pierwszym posiłku w ciągu dnia mówi się tylko w kontekście jego wpływu na zdrowie/sylwetkę/formę człowieka. W zasadzie zawsze tak było: zapewnij sobie zastrzyk energii, rozbudź swój organizm, naładuj się pozytywnie na cały dzień. I to oczywiście jest prawdą (o ile nie zjadamy bomby cukrowej już z samego rana), o tym warto mówić, jednak śniadanie może mieć też inny wymiar. Ma na przykład doskonały wpływ na… no, jakże. Na głowę!

Jeśli dobrze się pilnuję, jestem doskonałym przykładem rannego ptaszka (kiedyś myślałam, że ranny ptaszek to taki, którego coś zraniło… jak miło było się przekonać, że jest inaczej). To z kolei sprawia, że całkiem naturalnie wychodzi mi dbanie o ten pierwszy posiłek. Zostałam nauczona, że bez śniadania nie wychodzi się z domu i to zostało ze mną do dziś. Nie wiem jak u Was, ale u mnie pierwszy posiłek w zwyczajny dzień tygodnia to z reguły beznamiętne wkładanie do ust widelca z zawartością i myślenie o łyku yerby, czekającej na zaparzenie w pracy. Do której muszę wyjść przecież 10 minut po ostatnim kęsie, więc o delektowaniu się smakiem sadzonego jaja i warzyw nie ma mowy.

Gdzie więc robi się te czary? Prawdziwa moc śniadania ujawnia dopiero w dzień wolny. Może to być weekend, ale jeszcze lepiej, kiedy zostaję obdarowana wolnym dniem w tygodniu, albo chociaż sobotą, którą spędzam ze znajomymi już od rana, a w zasadzie od piątkowego wieczora.

Wtedy robię wszystko na przekór tym przyzwyczajeniom, które bardzo sobie cenię (śniadania bez węgli, yerba), to swoisty… cheatbreakfast? Na stole nie pojawia się stały zestaw jajka + warzywa, ale razowe pieczywo, masło, konfitury, masło orzechowe, ogórki, rzodkiewka, pomidor… dla kogoś. Wtedy dostaję oczopląsu i wewnętrznego podjarania do tego stopnia, że aż sama nie wiem, czy to z perspektywy zjedzenia tylu węgli na śniadanie, czy po prostu wynika to z tego, że mogę się nie spieszyć.

I to jest takie małe święto, choć raz w ciągu miesiąca, kiedy o poranku doceniam, że mogę celebrować pierwszy posiłek. Czym by on jednak był, gdyby nie doskonałe towarzystwo i atmosfera panująca o poranku w domu (obojętnie, którym i czyim, byle była dobra kawa i dużo świeżego powietrza). Do resetu śniadaniowego potrzebna jest dobra ekipa! Na tę chwilę nie mogę sobie wyobrazić sobie nic przyjemniejszego w tej kwestii, niż picie o świcie świeżo zmielonej kawy na balkonie czy tarasie i obserwowanie z najbliższymi, jak świat dopiero budzi się do życia. Albo jak ludzie pędzą gdzieś swoim dorobkiem, a ja mogę poczuć, że dziś nie muszę się spieszyć. To takie odprężające i wzmacniające: z każdym łykiem kawy i żartem współśniadaniowiczów czuję większą motywację i mam chęć jeszcze głębiej oddychać.

Zdecydowanie… obchodźmy Europejski Dzień Śniadania częściej niż raz w roku.

 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter
  • Olimpia

    Myślę, że bez śniadania nie doszłabym na autobus :D dzisiaj np. omlecior z mąką kokosową i polewą z żółtek i bananem.. niebo w gębie! :D