Fristajl. Zmora Indoora

Jak sama nazwa wskazuje, fristajl można traktować jako swego rodzaju wolność w wyborze, działaniu. W przypadku Indoor Cyclingu, fristajl objawia się, niestety, nieco bardziej problematycznie. W życiu dostrzegam różne odcienie szarości, ale Indoor Cycling to dla mnie sprawa czarno-biała.

Uprzedzając możliwe nieporozumienia: pisząc „fristajl” nie mam na myśli instruktorów, którzy ukończyli wiele szkół i mieszają style jazdy, zachowując przy tym wszystkie zasady bezpieczeństwa i tak dalej. Chodzi o tych fristajlowców, którzy tworzą swoje prawdy.

Każda szkoła działa według pewnych wytycznych, które nie wzięły się z kosmosu, ale są poparte doświadczeniem i pracą osób, które się na tym znają. Niestety, dla niektórych instruktorów ustalone z góry techniki jazdy w którymś momencie przestają być wystarczające. Wtedy zaczyna się mnożenie bytów ponad potrzebę dla „urozmaicenia zajęć”. Byty te to z reguły znane techniki, tylko… udziwnione. Z rhythm press, które są delikatnymi spięciami brzucha, robi się nagle solidna pompka. Koniecznie w tempie „na raz”, bo inaczej przecież nikt się nie zmęczy. Hand games zostaje podrasowane do szybkiej zmiany pozycji, przy jednoczesnym odrywaniu obu dłoni. Pytanie: po co? Czy atrakcyjność zajęć mierzy się ilością wymachów rękoma, które jesteś w stanie zrobić w ciągu jednej frazy muzycznej?

Sama chodziłam na fristajlowe zajęcia i nie miałam o tym pojęcia, dopóki nie zostałam instruktorem. Dopiero na podstawowym szkoleniu dotarło do mnie, że akrobacje na kierownicy to niekoniecznie to, co zapewnia rezultaty treningowe. Wydaje się, że tomahawkowe hasło „Czasem mniej znaczy więcej” było odpowiedzią na taką działalność instruktorów, która jest swoją drogą koszmarem każdego fizjoterapeuty… albo wizją zarobku dla niego.

We fristajlu nie ma miejsca na ważną rzecz, którą jest filozofia treningu. Wydaje się, jakby nie było tam miejsca na… jazdę na rowerze. Ten styl to trochę taki rowerowy fast food. Dużo, szybko i do porzygu. Fast food smakuje dobrze, wraca się po niego, ale po latach nagle okazuje się, że na brzuchu znalazły się kilogramy tłuszczów trans. Fristajl może cieszyć, spocić, a po tygodniach odezwać się w kolanach i plecach. Wszędobylski „fatberner” z pompką na kierownicy nie wzmocni ciał uczestników zajęć. Dziwne zmiany w tempie „na raz” nie wprowadzają do treningu nic oprócz wykończenia grupy w ciągu pierwszych 15 minut. To właśnie takie zajęcia kształtują w uczestnikach postawę „nie dokręcę, bo nie dam rady do końca”.

Efekty? Daleko nie trzeba szukać. Osoby, które przychodzą na zajęcia i są zdziwione, że cokolwiek jedziemy na siedząco. Uczestnicy, którzy nietypowo nisko ustawiają siodełko, bo przecież i tak stoimy. Bolące plecy po zajęciach. Przeciążone kolana. Nieumiejętność pracy z obciążeniem.

Co ciekawe, tworzenie takich cudów rzadko dotyczy instruktorów, którzy ciągle podnoszą kwalifikacje. I jest to kolejny argument za tym, żeby czasem schować wodę sodową do kieszeni i wybrać się na następne szkolenie, nawet jeśli trzeba na nie wyłożyć czterocyfrową kwotę. Nawet = zwłaszcza!

Spinning to nuda? Indoor nuda? Jeździsz fristajl i jesteś z siebie zadowolony? Okej, tylko prośba jedna. Nie promuj swoich zajęć nazwą szkoły, która dała Ci papier i z której zaleceń zrezygnowałeś. Nie psuj rynku. Dzięki!

 

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *