Ile jeszcze osób musi zginąć na przejściach dla pieszych?

23 grudnia 2016

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ja wiem, że jest tuż przed świętami, że wszyscy po łokcie uwaleni robotą, że kto dobrze wynegocjował, to tylko myje samochód, a pozostali lepią pierogi i tarzają się w maku. Wiem, że jak już tu piszę, to przy tej magicznej okazji powinnam się podniecać dziesięcioma najlepszymi prezentami pod choinkę i opowiadać Wam, że święta są raz w roku, stres zabija tak często jak  cukier, więc już sami wybierajcie, czy wolicie z żalem odmawiać sobie piątego kawałka ciasta, czy zażyć hepatil i dostosować się do „no weź, trzeba to wszystko pozjadać”. Ale nie, tutaj tego nie będzie, bo mnie palce świerzbią od rana i nie przestały nawet po podniesieniu kilogramów na siłowni, nie pomogła też kostka królewska, co to na święta jest, ani okład z kota (uniwersalny, nie tylko na święta).

Bo kogoś zabraknie przy stole w tym roku.

Wypadkowa codzienności

Podczas pracy w serwisie informacyjnym prawie codziennie podaje się ludziom wiadomość o wypadku.

Pół biedy dla głowy, jeśli jest to informacja bez zdjęcia z miejsca zdarzenia – fotografia ilustracyjna nie działa na wyobraźnię.

Gorzej, jeśli codziennie widzi się samochody, z których już prawie nic nie zostało, pudełko zapałek wgniecione w drzewo. Tak wygląda pojazd, którym ktoś chciał zwojować świat, a przynajmniej drogi. Tak skończył się popis umiejętności. Tym gorzej, jeśli nie były to umiejętności właściciela skasowanego auta.

Najgorzej, gdy na zdjęciach są plamy krwi, przedostające się spod parawanu „oględziny”.

Nawet siedząc w tym kilkanaście czy kilkadziesiąt miesięcy nie sposób stać się robotem. Pośród setek wypadków i kolizji pojawi się wreszcie taki, nad którym człowiek po prostu ma chęć zapłakać, mimo że w ogóle nie brał w nim udziału. Wczoraj w Bydgoszczy na pasach zginął niewinny 6-latek. Kierowca zignorował czerwone światło. Myślisz sobie: „kurwa, przed świętami”. Za chwilę wiesz, że to nie ma znaczenia, czy nadchodzą te święta, czy nie. Dla niego już nie nadejdą, kto wie, czy dla jego rodziny jeszcze kiedykolwiek będą miały sens.

Pozbierałam się. Dziś, jadąc na siłownię, skręcałam na światło w prawo. Zaraz za skrętem przejście dla pieszych, zielone dla przechodzących. Zatrzymuję się. Co z tego – młoda kobieta w ostatniej chwili zdołała wstrzymać się z wejściem na zebrę, bo oto król lewego pasa zignorował to, że ona ma zielone.

Rzadko wkurwiam się na świat, rzadko się bulwersuję globalnymi sprawami, to nic nie daje. Staram się zachować dystans, nie smucić, pomóc jak potrafię. W takich przypadkach jednak czuję się bezradna, bo kierowcy – idioci będą się mnożyć. Jechałam przez kilka kilometrów za tym gościem i do tej pory zastawiam się, dlaczego skręciłam na siłownię i nie pojechałam za nim dalej. Dlaczego miałabym go oszczędzać i dosadnie nie zobrazować mu, do czego mógł doprowadzić?

Stereotyp

Takich przykładów są setki. Tysiące. Setki tysięcy tragicznych. Sama, tuż przed debiutem w półmaratonie, również omal nie zginęłam na pasach. Policyjny wóz zatrzymał się przed przejściem i chyba tylko Anioł Stróż kazał mi wyjrzeć za niego, nim wejdę na lewy pas. Auto zaczęło hamować z niemożliwej prędkości – za późno. Jego kierowca skończył ten manewr dawno za pasami. Mogłam wylądować jeszcze dalej. Nie pobiegłabym półmaratonu.

 Ludzie wciąż boją się latać samolotami, największe zagrożenie stwarzając mając kontakt z ziemią.

Zdać egzamin na prawo jazdy próbowałam kilkukrotnie. W końcu się udało. Pamiętając ten stres jeszcze dziś jestem wdzięczna, że tak potoczyły się moje losy. Może dzięki po części właśnie temu zawdzięczam swoją pokorę na drodze i to, że nie uderzyła mi woda sodowa do głowy. A umówmy się, to domena większości kierowców: „panuję nad sytuacją, wiem, jak jeździć”. Wiesz też, jak pokazać fucka, jak wyzwać od łajz innego kierowcę i naśmiewać się z kierowców samochodów o rejestracjach z podmiejskich miejscowości, samemu nie dając dobrego przykładu.

Słaby kierowca to według stereotypów zwykle ktoś o krótkim stażu za kółkiem, kobieta, włosy blond. Tymczasem przytoczoną dzisiaj sytuację spowodował nie kto inny, jak około 50-letni mężczyzna, typowy Janusz z wąsem, który na bank pozjadał wszystkie rozumy, podręczniki dla kierowców i kodeks drogowy i który najpewniej przy stole opowiada dowcipy o blondynkach za kierownicą. Wczorajsza tragedię spowodował 77-letni mężczyzna.

Jasne, nie każdy, kto zdał za pierwszym razem na prawko, będzie się czuł królem dróg. Nie każdy pieszy, który ginie, jest niewinny – głośno jest też o tych sytuacjach, w których to człowiek przebiega w niedozwolonym miejscu. To jednak w ogóle nie zwalnia nas, kierowców, od tego, aby mieć pojęcie o tym, co może spowodować nieodpowiedzialna jazda. Głupie zachowanie pieszego nie zwalnia nas od tego, żeby mieć świadomość, czym się poruszamy i jakie ma podczas starcia z nami szanse czy to rowerzysta, czy osoba idąca pieszo. Pieszy po prostu nie ma prawa zginąć na pasach. Inną sprawą jest kwestia zebr i to, czy w niektórych miejscach faktycznie powinny się znajdować. To złożony problem, z którym wszyscy musimy sobie poradzić, dopóki nie pojawią się zmiany.

Proszę

Pracując w gazecie zamieściłam na stronie kilkadziesiąt wypadków. Widziałam, jak wiele odbiorców narzeka, że pokazujemy tylko takie sytuacje. Nie raz byłam skłonna przyznać im rację. Dziś myślę o tym, że powinno się pokazywać tego jeszcze więcej, skoro wciąż za mało działa to na wyobraźnię kierowców.

Nie jestem idealnym kierowcą i nie miałam zawsze czystego konta. Na szczęście podczas dwóch incydentów nie zrobiłam nikomu krzywdy. Choć nie znalazłam nigdy „karnego kutasa” za wycieraczką wiem, że czasem mogłabym zaparkować lepiej. Ale są też rzeczy, które robię dobrze i uważnie. I wolę być nazwana ciotą, jadąc 50km/h, niż oglądać plamy krwi spowodowane przez moją jazdę.

I naprawdę, dziękuję Wam, jeśli dobrnęliście do końca tego tekstu, pisanego niczym innym jak emocjami, które w końcu musiały gdzieś znaleźć ujście. Proszę, jeździjcie przepisowo. Miejcie na uwadze przejścia dla pieszych i to, że kierowca na pasie obok zatrzymał się przy zebrze. Proszę, nie wsiadajcie z pijanym do samochodu i zróbcie wszystko, by i on do tego samochodu nie wsiadł. Róbcie sobie przerwy na trasie, nie przeceniajcie swoich możliwości. Nie przebiegajcie przez jezdnię w niedozwolonych miejscach. Bądźcie widoczni.

Niech nigdy u nas i przez nas nie zabraknie nikogo przy świątecznym stole.

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter
  • Ech, święte słowa :(
    Mam w aucie kamerkę. Na niej dwa nagrania z ostatniego tygodnia, gdy ja się zatrzymałem przed pasami a jakiś ciężki idiota na pasie obok pojechał sobie dalej. Wciąż się zastanawiam czy je wysłać, czy nie. Pieszy był czujny, nie wszedł na pasy. Ale raz też widziałem gdy dzieci już weszły na pasy i cudem nie zostały z nich „zdjęte” przez kogoś, komu się spieszyło. Siedziałem wtedy zmartwiały za kierownicą, nie mogłem trąbić – bo odwróciłbym uwagę dzieci, które na całe szczęście ktoś nauczył czujności. Dlaczego ludzie tak bardzo nie myślą? :(
    Wesołych Świąt i spokojności za kierownicą. I oby zawsze bezpiecznie wracać do domu…

    • Zastanawia mnie zawsze, jak „zyskany” na takich manewrach czas kierowca wykorzystuje potem… Przytoczony przez Ciebie przykład pokazuje, jak to od małego uczeni jesteśmy czujności i świetnie; w naszych warunkach tak być musi. Choć jak widać i to nie zapobiega tragediom. Wspomniany przeze mnie chłopiec zginął, przechodząc na światłach, w dozwolonym miejscu.

      Dziękuję, spokojnych świąt dla Ciebie również!

  • Złożony problem. ale czytając naszła mnie myśl byśmy zaczęli myśleń…. nie w kategoriach ja pieszy, ja kierowca. Może rozsądniej byłoby: ja „uczestnik ruchu”.
    Bo czasem jesteśmy pieszymi, kierowcami, rowerzystami…. rózne role jeden cel – przemieszczanie.
    uczestnik… i oby nie zdarzyło nam się nic, co uniemożliwi bycie uczestnikiem….

    • Zgadzam się. Ja sobie bardzo chwalę widzenie ruchu drogowego z perspektywy pieszego, kierowcy i rowerzysty.