Indoor Cycling z… wirtualnym instruktorem

5 marca 2017

wirtualny-instruktor

 

Trening z instruktorem, który krzyczy do uczestników zajęć tylko z ekranu, nie jest już żadną nowością. Każda szanująca się fitnesska, która zgromadziła wokół siebie ogromną społeczność, prędzej czy później nagrywa płytę, dzięki której laski aspirujące do jej figury nie muszą zapisywać się na personalny (na co prawdopodobnie czekałyby jak na wizytę u lekarza w ramach NFZ), tylko odpalają płytę kiedy tylko chcą i skraplają potem powierzchnię swego kawałka podłogi. Takie ćwiczenia to również chleb powszedni dla wszystkich unikających jak ognia zajęć grupowych. Trening z wirtualnym instruktorem w moim mniemaniu wciąż był domeną osób wolących pozostać w domu, jednak szybko rozwijający się rynek fitness błyskawicznie wyprowadził mnie z błędu w dniu, w którym trafiłam dziwnym zbiegiem okoliczności do sieciowego klubu fitness, a tam… mogłam sobie taki trening odbyć.

I to nie był step. Ani nie pilates z panią z nagrania.

To był indoor cycling.

Zanim zaczęłam biadolić, że o boże, o boże, każdy tam się zabije bez instruktora, usiadłam w kąciku na niewirtualnym, tylko najprawdziwszym rowerze i obserwowałam, co się będzie działo. Na początku dłuższy slajd z ustawieniem roweru – raczej każdy to olał, ale mówię: okej, będzie dobrze! Pokazali, jak sprzęt dostosować do siebie, a przecież nikogo nie zmuszą, by to zrobił. To może i rozgrzewka będzie prawilna? Wtedy na pewno przejadę cały trening, mimo że czuję w mięśniach to, co robiłam wieczorem dnia poprzedniego.

Wirtualna instruktorka po jakichś dziesięciu sekundach od powitania zachęciła wszystkich do wstania, czyli witamy, vixa-spin Bydgoszcz 2009. Zgromadzone osoby oczywiście podniosły szanowne pośladki razem z nią, co nie zdziwiło mnie w ogóle, w końcu skoro prowadzący każe… Mimo wszelkich nabytych hamulców, chciałam czym prędzej zejść z bajka dokręcić każdemu opór, bo to, co zadziało się na sali było koszmarem każdego nie tylko prowadzącego, ale i fizjoterapeuty. Zaznaczę, że 50% sali miało widoczną nadwagę.

Po takim widoku stwierdziłam, że moja przygoda z wirtualnym instruktorem skończy się bardzo szybko. Nie będę więc umiała ocenić tych zajęć jako całokształtu. Widziane potem przez szybę sprinty bez obciążenia na stojąco rozgrzały mnie bardziej niż burpees po miesiącu sportowego zastoju.

Trauma? Oj, że zaraz…

Oj, oczywiście, że trochę dramatyzuję, to zboczenie zawodowe. Na rowerowych zajęciach bez nadzoru można sobie zrobić prawdopodobnie podobną krzywdę jak podczas samodzielnego skakania na trampolinie. Każdy wyszedł stamtąd cało, a że połowa niespocona, to przecież nie jest mój interes. Nie przeszkadzało to nikomu w wejściu na wagę.

Jako że profesję mam jaką mam, chyba nie zaskoczyłabym Was stwierdzeniem, że trening bez instruktora to totalne dno i najlepiej trzymajcie się od niego z daleka. Czy jednak naprawdę uważam to za beznadziejny pomysł?

Absolutnie… nie. Już sam sukces takich nagrań świadczy o tym, że usługa była potrzebna – prawdopodobnie najbardziej właścicielom klubów, aby nie musieli płacić instruktorowi za godziny zajęć. Warto by było jednak zaznaczyć, że nie jest to trening dla wszystkich, a już na pewno nie dla osób, które w ogóle nie mają doświadczenia w takiej jeździe, a wybierają się na wirtualny trening dla zaawansowanych… Taki skaczący na rowerze instruktor mógłby tutaj chociaż nie wpływać na nic w ogóle, zamiast szkodzić. A będzie robił to drugie – a to z takiego powodu, że prawdopodobnie początkująca osoba sama nie wpadłaby na to, by rozgrzewać się na stojąco. Ale skoro widzi to u umięśnionej, ładnej pani, to dlaczego nie ma sam tego uczynić? Rozumiem też, że nie każda szkoła uczy jeżdżenia z kijem we wiadomej części ciała i instruktorka z telewizji z ekranu ewidentnie nie taką szkołę kończyła, no ale jakieś tam podstawy obowiązują chyba każdego, nawet jak się prowadzi trening ze statku w centrum Nowego Jorku. 

Wszystko jak zwykle ma pewne odcienie szarości. Trening z wirtualnym instruktorem w mojej opinii to całkiem dobre rozwiązanie dla tych, którzy mają już doświadczenie w jeździe na rowerze stacjonarnym i nawet jeśli nie wypracowali idealnej techniki, to potrafią nie zrobić sobie na takim sprzęcie krzywdy i chcą zajęć z narzuconym planem, którego sami nie umieją stworzyć. Jaki ten plan będzie i czy trafi w gusta uczestnika, to już nie mnie osądzać, w końcu i na zajęciach u „żywego” instruktora można nieźle kręcić nosem, nie wspominając już o kręceniu innymi częściami ciała. Umówmy się również, że na zajęciach w większych klubach, gdzie liczba osób często przekracza 30 osób (może akurat nie dotyczy to IC), prowadzący też nie poświęci każdemu choćby minuty… Nie każdy może sobie też życzyć, by ktoś korygował jego ruchy. Kto ma ochotę i pasuje mu klimat, niechaj śmiga w takim „sztucznym” towarzystwie. Grunt, żeby obecność na zajęciach nie była tylko wirtualna.

Pozostaje mi szczerze wierzyć, że instruktorzy wnoszą do życia klientów coś więcej niż tylko rozpisany plan działania, dzięki czemu nie dołączymy niedługo do listy zawodów, o których słuch już zaginął. Zawczasu jednak ćwiczymy umiejętności, które przydają się w kabarecie, to i zmiana pracy będzie płynna niczym pedałowanie na szosie.

 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter