Instruktor po pięciu latach

20 września 2017

Tak się złapałam za głowę, jak się dowiedziałam, że będę prowadzić zajęcia IC. Bieszczadzka balkonowa ceratka na drugim planie.

***

Indoor Cycling ma u mnie wieczny szacunek – w końcu to on poprowadził mnie do założenia tego bloga! Szybko przestał być tematem przewodnim tego miejsca, niemniej wciąż zdarza mu się wyjść na pierwszy plan. Dziś na pewno mu na to pozwolę: 5 lat temu poprowadziłam swoje pierwsze zajęcia.

Po pięciu latach…

Wciąż pamiętam, jak to jest być totalnym świeżakiem, który był przekonany, że najlepiej być po AWFie, żeby prowadzić zajęcia ruchowe. Który ma wrażenie, że jednak trzeba trochę światu udowodnić. Który jeszcze nie wie, że czasami nie warto tego robić, wypluwając płuca. Z drugiej strony, jeśli ich nie wyplujesz, skąd dowiesz się, że to bezsensu?

Konieczne jest nauczenie się zdrowego podejścia, by się nie spalić tak, jak moje mięśnie niechronione BCAA. :)

Po pięciu latach…

Mocno żałuję, że nie mam ładniejszej barwy głosu. Tak wiele potrafię powiedzieć na jednym wdechu, że prawdopodobnie byłabym świetną śpiewaczką… Gdyby nie ten głos.

Po pięciu latach…

Wciąż  jestem dumna ze swojej licencji A, a z B jeszcze bardziej – to był dopiero pokręcony pozytywnie czas! Nie łechta to jednak mojego ego. Może już nie definiuję siebie przez pryzmat prowadzącego Indoor Cycling, jak to bywało kiedyś – rower i długo, długo nic poza tym…

Myślę również, że my, instruktorzy, powinniśmy mieć możliwość uczestniczenia w czymś w rodzaju kursów doszkalających, albo chociażby odświeżających wiedzę. Jednak tak, jak nikt przed odpaleniem silnika samochodu nie czyta kodeksu drogowego, tak przed zajęciami IC nie wraca się do podręcznika. I samo czytanie najpewniej nie przyniosłoby rezultatów, „przepisowe” kadencje ma się w głowie. Brak jednak rozwoju takiego nieorganizowanego na własną rękę, ale propozycji z zewnątrz.

Po pięciu latach…

Ambitnie trzymam się swojego planu, by nie rezygnować z cellulitu i fałdki na brzuchu… oraz co by się nie działo, wyszczerzać zęby w trakcie zajęć.

Po pięciu latach…

Wiem, że świat fitness to nie są zdrowo żyjący, cudowni i nieskazitelni ludzie. To po prostu kolejny światek, pełen różnych odcieni. O wiele rzeczy trzeba walczyć, do wielu osób wypracować sobie obojętne podejście, by nie musieć sobie wchodzić w drogę. Jako podjarana nowym zawodem 23-latka miałam wrażenie, że wszyscy ze świata fitnessu pierdzą serduszkami jak na swoich rozwijających się dopiero fan page’ach i są dobrze prowadzącymi się cyborgami. Cyborgami może tak, ale często ze stylem życia, któremu daleko do takiego, jakiego pozory chce się stwarzać. I ja wolę taką prawdę. Może jest jakiś zgrzyt w instruktorze z papierosem. Ale dla mnie większy jest w fałszywym uśmiechu przyklejonym do twarzy.

Po pięciu latach…

Jestem przekonana, że mimo umiejętności prowadzenia zajęć mix class, nie można być instruktorem dla każdego. Im szybciej człowiek nauczy się, że nie jest odpowiedzialnym za wszystko, tym jego życie stanie się zdrowsze. Takie nastawienie przydaje się zarówno na sali z rowerami, jak i w odniesieniu do codziennych życiowych spraw.

Każdy instruktor inaczej zmierzy swój, że tak górnolotnie rzecz ujmę, „sukces”. Większym osiągnięciem niż pełna sala jest dla mnie to, że potrafię poprowadzić zajęcia, podczas których przez 60 minut siedzimy (choć wiadomo, że najfajniej w dużej grupie). Kilka lat temu w moim mieście było to nie do pomyślenia. Jeśli to wpasowuje się w profil grupy, to dlaczego nie? Elastyczność to wciąż jedna z ważniejszych cech, w którą powinien być moim zdaniem wyposażony każdy instruktor. Skłonności do pokazywania swojej „mocy” można sobie darować. W dobie rozwijających się mód na różne treningi, grup chętnych do zajezdni będzie coraz więcej, ale wątpię, że będą to ludzie stanowiący przewagę klientów w klubie fitness. Nie każdy przychodzi po 300 watów, a ten, który ich chce, dojedzie do tego również na easy bike.

Po pięciu latach…

Zastanawiam się, czy czegokolwiek żałuję, czy coś zrobiłabym inaczej. I niczego takiego nie mogę się doszukać. Wszystko od początku do końca poszło tak, jak sobie założyłam. No, w zasadzie to nie poszło samo, tylko ja do tego doprowadziłam. Dzięki temu marzeniu wiem, na jaką determinację mnie stać. Nie żałuję dziesięciu godzin w tygodniu, zajechania i bólów. Nawet licencji A i Carnivalu z największą życiową nadwagą nie żałuję. Po prostu tak się wydarzyło.

Po pięciu latach…

Jako instruktor pamiętam,  jak wiele uniesień w moim życiu spowodowało to zajęcie. Choć czy chodzi po prostu o cycling? Nie sądzę. Pusta sala z rowerami niespecjalnie mnie już wzrusza, mimo że czuję się tam pewnie i bezpiecznie. Te emocje, wzruszenia i refleksje to sprawka ludzi, którzy oddają tam tyle energii.

Wciąż się tym karmię. Coraz bardziej dbam jednak o to, by dieta nie była jednoskładnikowa.

 

 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter
  • Secrets


    Chyba najlepsze co instruktor może napisać po tylu latach