Jak się zaprzyjaźnić z Yerba Mate?

29 września 2015

yerba-mate

Oczywiście, że znajdziesz odpowiedź na to pytanie, wklepując je w wyszukiwarkę. Zachęcam jednak, żeby przez chwilę pozostać właśnie na tej stronie, gdyż – jak to zwykle bywa – tekst jest oparty na moich doświadczeniach, a nie tak modnym researchu w necie. Kilka znajomych mi osób zrobiło dzięki Google takie rozeznanie w temacie, że nie zamierza już nigdy wziąć Yerba Mate do ust. Nie jestem oczywiście specjalistą, ale przynajmniej nie będę polecać zalewania tykwy do 3/4 zasypanej yerbą na dobry początek.

Aby początek relacji z Yerba Mate był udany, warto pamiętać o dwóch rzeczach, które powinny wystarczyć; jeśli nie do polubienia, to chociaż nie zrażenia się na samym wstępie.

ILOŚĆ YERBA MATE

Słyszałam kilka historii o tym, że ktoś zrezygnował, bo tykwę (naczynie do yerby) wypełnił zielskiem do 3/4 (według zaleceń), zalał… I przygoda skończyła się po pierwszym łyku. Nie dziwię się. Pierwszy napar zwykle wykrzywia żuchwę (ja akurat to uwielbiam, ten kop!), a jeśli jeszcze woda wystarczająco nie ostygnie, to napój będzie zwyczajnie gorzki. Zaczynając od pełnej tykwy to tak jak zaprzyjaźniać się z aktywnością fizyczną półmaratonem. Spokooojnie, najpierw marszobieg… Czyli wystarczy kilka łyżeczek, w zależności od tego, ile potrafisz przełknąć. Zalewamy wodą, która ma około 70 stopni (i można to robić kilkukrotnie). Ja, według wskazówek, które dostałam, przed zalaniem oklepuję jeszcze tykwę, tak by zielsko ułożyło się w mały stożek i wodą trafiam obok czubka tego nasypu, tak żeby listki, kijki i cokolwiek tam jeszcze jest, wypłynęło ponad powierzchnię wody. Na zdjęciu tytułowym widać, jak na górze naczynia osadziło się trochę tego naparu.

SMAK YERBA MATE

Poyerbane markety oferują coś więcej poza „czystą” yerbą. Jak dotąd najsłodszą, którą piłam, była yerba miodowa. Podejrzana… Okazało się, że była dosładzana aspartamem. Jeśli komuś nie towarzyszy bzik na punkcie słodzików wątpliwej jakości, to myślę, że napis na etykiecie zignoruje. Pozostali niechaj uderzają w inne aromaty.

Poza miodową do wyboru mamy najróżniejsze: gruszkową, owoce leśne, miętową, tropikalną… Próbowałam wielu, ale ostatecznie i tak najchętniej sięgam po tę o naturalnym smaku. Warto na początek spróbować wersji owocowych, które mogą trochę bardziej przypominać tradycyjną herbatę. Sprzedawcy często oferują małe opakowania (np. 100 g), dzięki czemu w razie braku chęci do spożycia cała paczka 500 g nie idzie na zmarnowanie.

liście-yerba

Tak się tu podniecam i zachęcam do picia, ale… w sumie po co?

Napój ten często spożywa się jako alternatywę do kawy i nic dziwnego, bo on również ma działanie pobudzające. Jednak energia dostarczona przez yerbę utrzymuje się o wiele dłużej niż po małej czarnej. Ich działanie porównałabym do węglowodanów prostych (chwilowy, mocny zastrzyk energii – kawa) i złożonych (energia na dłużej, nie na takim speedzie – Yerba Mate), jednak wiem, że może być to porównanie nie do końca trafione (choćby ze względu na to, że duża ilość yerby z guaraną może Cię skłonić do dwóch treningów więcej niż zwykle, więc nie można jej odmówić kopa). Użyłam go po prostu, by zobrazować to yerbowe działanie.

Dzięki yerbowaniu pożegnałam popołudniowe zamułki przed kompem, a i apetyt się ogarnął. Powiedzmy, że jak nie wcinam wielu węgli to i tak był on spokojniejszy, ale yebra jeszcze w tym pomogła. Być może to te słynne „regulowanie poziomu cukru we krwi”. Oczywiście nie ma co wierzyć w cuda i nie mam zamiaru tutaj pisać o jej właściwościach odchudzających. Yerbowanie może być jedną ze składowych zdrowego trybu życia, ale nigdy nie jakimś cudownym zwalczaczem tkanki tłuszczowej. Na pewno mogę jednak stwierdzić, że usprawnia pracę jelit.

Ciekawi mnie również to, czy napar faktycznie opóźnia zbieranie się kwasu mlekowego. Na sobie jeszcze nie zauważyłam. Ale moc podczas wieczornego treningu już tak.

Wiem, że zaglądają tu osoby, które piją Yerba Mate – bardzo fajnie, gdybyście zechcieli się podzielić wrażeniami!

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter
  • Jestem Yerboholikiem już od około 10 lat. Próbowałem różnych terapii odwykowych: soki, herbaty, woda… ale i tak zawsze wracam.
    Pomimo, że polskie sklepy mają coraz gorszą ofertę, mimo, że coraz trudniej w racjonalnej cenie dostać moją ulubioną Yerbę Cruz de Malta. Pomimo, że według niektórych Yerba smakuje jak wywar z petów lub ściernisko… Ciągle oddaje się rytuałowi picia. Zawsze w Palo Santo lub tykwie. Nigdy w kubku. Raz sprofanowałem ten cudny napój pijąc saszetkowaną. Do tej pory czuje wyrzuty sumienia a największą karą było to co przysżło mi wypić…
    Yerba wciąga. Ostrzegam, zachęcam, polecam!

    • Spowiedź Yerboholika. :)
      Yerba i tykwa winny być papużkami-nierozłączkami! A z określeniem „wywar z petów” również się spotkałam i cóż – dla mnie to po prostu smak mocy i siły.