Jak to jest, gdy stuknie trzydziestka

 

Kiedy kobiety zmieniają kod na trójkę z przodu, po początkowym lęku, czy to już nie czas na krem 50+ (tak zapobiegawczo) stają się… zachwycone sobą. Przestają się wiecznie spinać, nie dążą do doskonałości jak 10 lat wcześniej i mimo że metabolizm przestaje być łaskawy, cieszą się każdym smakiem. Wiedzą czego chcą: od pracy, przez łóżko (wybór materaca wreszcie jest łatwiejszy), aż po kolor nowej hybrydy (napęd czy paznokcie – każdej wedle finansów).

Podobno tak właśnie jest. Potwierdzić – albo napisać, że to jakieś brednie – będę mogła za kilka lat.

Dziś fejsbuk przypomniał mi, że ja również skończyłam trzydziestkę. Dokładnie dwa lata temu. Pewnie uroniłabym łzę wzruszenia na wspomnienie tamtego biegu, gdyby nie myśl, że podczas pokonywania dwudziestego któregoś kilometra słuchałam „Panic Station”, na dźwięk którego to utworu można zapłakać, ale tylko ze śmiechu.

Londyn to ogromne miasto. Przedmaratonowe robolskie wakacje spędzałam właśnie tam; było więc oczywiste, że muszą to być przebiegane tygodnie. Gwoździem programu miała być podświadomie zakodowana trzydziestka – jeśli przygotowujesz się do maratonu to wiesz, że czeka Cię taki sprawdzian. W tak dużym mieście nie było problemem wyznaczenie trasy, której przebiegnięcie będzie oznaczało odhaczenie celu i przy okazji zorientowanie się, jak tam organizm zapatruje się na taki wysiłek.

To były wyjątkowe 3 godziny (lekko ponad). Drepcząc na własnych nogach – zamiast autobusem – zobaczyłam najpiękniejsze parki pełne szczęśliwych ludzi i psów, urokliwe londyńskie uliczki, które nie raz kazały wysilić się w podbiegach, posłałam i odebrałam mnóstwo wzmacniających uśmiechów. Mijałam miejsca znane mi tylko z telewizji i z sieci, mając w tle muzykę brytyjskich zespołów.

DSC05600

No. I tak się podniecałam jakoś do dwudziestego kilometra, a na dwudziestym ósmym chciałam zrezygnować. Zawsze bądź czujny, gdy ktoś próbuje wcisnąć Ci tęczę. :)


Co warto wiedzieć, wybierając się pierwszy raz na tak długie wybieganie?

Trzeba się odpowiednio ubrać – sprawa oczywista. Nabawienie się obtarć jest prawie że pewne, a dobrze dobranym strojem można zminimalizować późniejszy dyskomfort.

Kilka złotych w kieszeni może być zbawieniem, kiedy skończy się woda. A tę, tak, dobrze mieć ze sobą. Tak samo jak paliwo. Jeśli wybierasz się na tak długi dystans, to biegasz pewnie nie od dziś i wiesz, co Ci najlepiej służy jako doładowanie. O odpowiednim posiłku warto pomyśleć już w dzień poprzedzający bieg, zupełnie jak przed zorganizowanym startem.

Na początku może  załączyć się turbo zapierdzielanie, bo wizja ukończenia takiego dystansu jara niesamowicie. Stop! Pamiętaj, że na dwudziestym piątym nie będzie tak fajnie jak na dyszce. Zwykle problem zaczyna się, gdy pęknie półmaraton. Pozostałe 9 km staje się problematyczne. Tyle wysiłku po to, by przegrać ostatni odcinek? Nie zaczynamy zbyt mocno.

Dobrze jest zaplanować trasę. To nie jest spacer po bułki. Namacalny cel dobrze robi na głowę, a znajomość trasy uspokaja. Chyba nie potrzeba więcej adrenaliny niż zapewniasz organizmowi takim dystansem.

Telefon albo garmin musi być naładowany! Przecież nikt Ci nie uwierzy, że przebiegłeś.


Cóż. Też zmieniłam się po trzydziestce. Nie spinałam się tak mocno, bo wiedziałam, że na maratonie trzeba będzie dobiegać „tylko” dwanaście (co nie oznacza, że to pozbawiło mnie pokory). Metabolizm przez kilkanaście godzin był tak łaskawy, że musiałam dwa razy pomyśleć, zanim wzięłam coś do ust. A jak już coś szamałam, to cieszyłam się smakiem o wiele bardziej niż w dzień regeneracji.

No i wiedziałam, czego chcę. Żeby mnie ktoś z pokoju na piętrze znosił do kuchni.

Powodzenia na trasie!

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *