Jak wypluć płuca po japońsku: tabata!

 

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że wielu z Was, którzy otworzą tę notkę, ma już za sobą trening, o którym dziś piszę, bo  jest on na topie już dosyć długo. Jednak dla mnie – do soboty – tabata wciąż była tylko słowem, które rymowało się z moim imieniem. Niezbyt to odkrywcze, a i w życie wnosiło tyle, co wprowadzanie do diety opartej na fast foodzie najlepszych witaminek, jakie w osiedlowej aptece się znalazły.

Musiałabym jednak być już totalnym ignorantem, by w ogóle nie wiedzieć, na czym taki trening polega. A więc obiło się o uszy i oczy muszyńskie, że to intensywna jednostka treningowa, że krótka, że można wypluć płuca, że – wybaczcie jedno z moich ulubionych określeń: do porzygu – że wobec tego musi świetnie wpływać na wydolność, wyniki sportowe, nie wspominając już o najważniejszej sprawie dla 99% osób uczęszczających do klubów fitness: spalanie!!! (bosz)

… ale teoria to w zasadzie niewiele, jeśli porówna się to z praktyką, mogącą naprawdę przynieść świetne rezultaty. Pod warunkiem, że najpierw zwali Cię z nóg. Albo z roweru. To taką tabatę zaliczyłam – siedząc z tyłkiem na tomahawku. Seated Climb przy porządnym obciążeniu do łatwych nie należy, a co dopiero przy kadencji przekraczającej setkę. Osiem razy, na dwadzieścia sekund, na maksymalnym możliwym obciążeniu, przyspieszałam jak to tylko możliwe. Pędziłam do przerw, które trwały dziesięć sekund, co oznacza, że… kiedy tylko Organizm załapał, że odpoczywa, musiał się mobilizować od nowa. Myśli, które wtedy się kłębią w głowie, nie nadają się do pozostawienia dla potomnych. Wspominam teraz to przeżycie i wydaje mi się, że między jednym intensywnym odcinkiem a drugim, między kaszlem a sapnięciem, słyszałam jakieś nieparlamentarne słowa padające z ust współtabatowców, więc nie tylko na mnie tak działa japońskie trenowanie.

Ale po wszystkim… czujesz się Panem Świata vel Królową Życia

Dla kogo tabata? Na Indoor Cyclingu dla zaawansowanych, a jeśli chodzi o inne zajęcia, to najpewniej również nie będzie przeznaczona dla osób, które dopiero co, bez uszczerbku na zdrowiu, zerwały się z kanapy i zakupiły karnet do klubu fitness.To dobre rozwiązanie treningowe dla kogoś, kto nie uważa się za najmądrzejszego na świecie i jest w stanie zaufać programowi niepozornego Japończyka.  Poza tym taki trening jest wyłącznie dla kozaków, którzy lubią się „srogo stłamsić” – w innym przypadku wysiłek po prostu nie ma sensu; tutaj nie ma miejsca na udawanie. Albo ciśniesz na maksa, albo jesteś parówką. Tabata jest dla kogoś, kto umie zapłacić dużą cenę za dobrą formę. Dla mnie kaszel z wysiłku i odruchy wymiotne to właśnie duża cena.

 

Ktoś z Was może już z tabatą od dawna na ty? Ja stwierdziłam, że raz w tygodniu, a potem z dwa albo trzy, mogę przeznaczyć te cztery minuty życia na bezdech, kaszel i ryk, żeby za pół roku nie narobić sobie siary w Warszawie. Jak poprawię czas w maratonie o godzinę albo schudnę 10 kg w miesiąc dzięki Agacie-Tabacie, to okaże się, że ma ona moc niczym wibro ekszyn i  oczywiście zaraz obniosę się ze swoimi sukcesami tuuu…!

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *