Kaizen na najbliższe tygodnie, czyli poprawiam koronę

11 maja 2017

myslecinek

Ostatnie miesiące mojego życia odbieram jako trudny do zniesienia zastój. Swój plan zatytułowany „Rok zapierdalania” (nie chwaliłam się nim, w końcu nie wypada tak publicznie kląć) wypełniam aż za dobrze, sprawnie przemieszczając się między wyznaczonymi odcinkami swojego kieratu. Zaczął się piąty miesiąc wypełnionego pracą roku i dotarłam do punktu, w którym naprawdę chętnie się zatrzymam i wybiję z rytmu.

Wysnuję teraz refleksję niczym Instruktor Coelho: życie to jednak nie jest „kwadratowe” 70 RPM i warto czasem pokręcić w trochę innym tempie, a i z ukochanego rytmu wypaść. Podczas zajęć walnięcie się w interpretacji muzyki (zwane przeze mnie „wpieprzeniem się most” – przepraszam, że tak Was ostatnio pozbawiam złudzeń co do swojego słownictwa) zwykle nie powoduje większych szkód, no chyba że jedzie się na Carnival Cycling i po drugiej stronie ma się samych instruktorów z Tsunami obczajonym co do taktu. Tak i w życiu – nikt mi przecież nie będzie zarzucał, że zejdę na moment z trasy i znowu poszukam czegoś innego. Mimo że czasem życie to karnawał, to mało kto ma ochotę patrzeć na moje stopy, czy nie wypadają z rytmu.

Ulepszanie swojej egzystencji zaczynam jak zwykle od lodówki. Spokojnie, rozmrażana była jakiś czas temu i na długo zapamiętam tę przygodę, podczas to której sprawdza się swoją dorosłość oraz trwałość związku. Związku ze współlokatorem i rozmrożonym młótem przy okazji. Chodzi bardziej o to, żeby zakupy robić rozsądne i jedzenie na talerzu mieć bardziej odżywcze, co ucieszy nie tylko ciało i duszę, ale i portfel. Nie jeść w tempie, jakie narzuca dzisiejszy świat, nie mieć mentalnych niestrawności. Oto recepta numer jeden.

[ Jak wiadomo, najprzyjemniejszy jest wieczór tuż przed rozpoczęciem żywieniowego ogarnięcia (bo przecież nie diety). Tak, to jest ten wieczór!]

Recepta numer dwa to rzecz banalna w pisaniu tak jak i poprzednia, a trudniejsza w wykonaniu – jak i ta wcześniejsza. Po różnych wygibasach życiowych naprawdę pragnęłam spokoju i na dźwięk „strefa komfortu” miałam naprzemiennie gęsią skórkę i odruchy wymiotne. Jak widać jednak, niektórzy najlepiej czują się sunąc tyłkiem po sinusoidzie, nie mogąc w jednym stanie przebywać zbyt długo. Mój święty spokój skończył się tym, że przestałam pisać bloga, co zawsze dawało mi wiele radości, pozwalałam sobie na coraz więcej lenistwa, buty do biegania obrosły kurzem i pewnie tylko mój drugi rowerowy zawód utrzymał mnie we względnej formie fizycznej i psychicznej. Jak widać to jeszcze nie ten wiek, kiedy poukładane życie mi służy, więc…

Czas coś nabroić. :D

A tymczasem – przepisy na Wasze ulubione zdrowe żarcie naprawdę mile widziane poniżej!!! :D 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter
  • DrHouse;)

    https://www.instagram.com/p/BG9mdXKNh8a/ proszę :D najlepsze zdrowe co do tej pory jadłam, może być bez białka i ze zwykłym mlekiem, wypróbowane ;)

  • :o Padłam! A co to będzie, jak to zjem… Dzięki!

  • Marta

    Zdrowe, niezdrowe, to pojecia wzgledne. Ponizej dodaje przepis, byc moze ktos sie doczepi ze niezdrowe bo ma ser, bo jajka, tluszcze nasycone, bla bla bla. Moze to nie jest najzdrowsze danie swiata, ale jest szybkie, sycace, odzywcze, tanie, a przede wszystkim smaczne, a chyba o to w zyciu w koncu chodzi:-) (Gotujemy 300 g watrobki i 1 pokrojona w plastry marchewke. Odcedzamy, dodajemy 200 g rozmrozonego rozdrobnionego szpinaku, wbijamy 2 jajka, dosypujemy soli, pieprzu i ziol prowansalskich wg uznania, mieszamy, dodajemy 50 g sera zoltego i kopiasta lyzke masla i znowu mieszamy, wkladamy do zaroodpornej michy, zasypujemy znowu 50 g sera i zapiekamy ok 15 min az sie ser rozpusci). Moj brat dodaje sobie do tego dania ryzu, ale ryz to wegle, a czlowiek to nie kotlownia, wiec mysle ze mozna sobie ryz odpuscic. To taka porcja dla mocno glodnego potworka:-)

    • Ja tam jestem wielkim sympatykiem tłuszczów nasyconych, więc wielkie dzięki. :D