Lament przed tri

7 lipca 2016

bydgoszcz-triathlon

Dobrze jest poleżeć w łóżku w czwartkowe przedpołudnie z laptopem na kolanach. Mieć na wyciągnięcie ręki swoją biało-niebieską strzałę, a w zasięgu wzroku półkę z medalami. Widzieć strój startowy na wieszaku, a na fejsbuku czesanie dna Brdy.

Szkoda, że leżenie odbywa się w towarzystwie termometru, który uparcie nie chce pokazać więcej niż 35.5. I kapusty kiszonej, bo przecież nie gripexu.

Wszelkie smędzenie, jak to bardzo człowiek nie jest przygotowany do startu kończy się w momencie, kiedy tydzień przed nim przypałęta się do niego jakieś paskudne gówno. Oczywiście, zgodnie z prawem Murphy’ego, cały rok można być robocopem, a rozłożyć się akurat w tygodniu poprzedzającym pokonanie ponad 55 km. Pozostaje jeszcze myśleć, że Organizm bardzo chce mi pokazać, że w tym roku się nie nadaję. Ale takie pozytywne myślenie na pewno nie leczy.

Łatwiej jest na osłabieniu pokonać ten dystans, czy schować ambicję i po prostu pokibicować? Prawdopodobnie dla głowy mniej problematyczne jest to pierwsze. Dojrzalsze – to drugie. Bo to nie dycha, żeby sobie ją walnąć na przeziębieniu. Ambicja leży i smarka, głowa myśli, czy jest sens montować hamulec na tylne koło.  

Najłatwiej iść spać.

 

 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter