Mówienie do ludzi. Jak się przełamać i co można zyskać?

21 kwietnia 2016

radio uniwersytet

Strach przed wystąpieniami publicznymi to rzecz powszechna <— o matko, jaki suchy wstęp. Jeszcze raz.

Drżący głos i ręce, zimny pot, a w klatce piersiowej wręcz palpitacja – tak wielu z nas reaguje na wieść o wystąpieniu publicznym, które czyha tuż za rogiem. Nie chodzi tu nawet o przemawianie do całego narodu, bo tak zwykle kojarzą się wystąpienia publiczne, ale o rzeczy przyziemne, które spotkają każdego już we wczesnych latach życia: odpowiedzi przy tablicy, egzaminy ustne, coraz częstsze prezentacje zamiast pisemnych rozliczeń z przedmiotów na studiach, może jakieś warsztaty czy szkolenia, które przyjdzie nam prowadzić? A co, jeśli audycje, programy, zajęcia?

Mówienie do większych grup można wytrenować, zupełnie jak mięsień – to taka dobra wiadomość na początek. „Łatwo ci mówić” – powiedziałby kto – „prowadzisz audycje i zajęcia już kilka lat, patrzysz z całkiem innej perspektywy”. Owszem, ale czy zawsze tak było? Czy urodziłam się ze smykałką do większych i mniejszych przemówień? Niepowiedziane. Po prostu praktykowałam to na coraz głębszej wodzie, nie raz krztusząc się falą. Co, jak nietrudno się domyślić, nie brzmiało zbyt dobrze.

Podczas pierwszej audycji w radiu trzęsłam się jak galareta. W trakcie tej, którą dodatkowo miałam realizować (guziczki i inne czary), kiedy nikogo nie było w radiu, omal nie odleciałam ze stresu. Kiedy okazało się, że wraz z naciśnięciem „on air” nie przeniosłam się na tamten świat, pozostało działać dalej. Pewien komfort dawało mi to, że… nikt mnie nie widzi. Odpadały więc kwestie estetyczne! Można więc powidzieć, że start był nieco ułatwiony, ale mimo to nie brakowało błędów: zająknięć, wpadek słownych, zapętlania się. Wstyd i hańba? O tak, niejeden by się poddał. Ale ja zwyczajnie wiedziałam, że CHCĘ. Tak mocno, że capslockiem.

To, jak przemogłam się w radiu, przełożyło się na umiejętność lania wody na egzaminach (podczas audycji nie raz trzeba było „szyć”…), a potem na pewno trochę na prowadzenie zajęć. Przy nawoływaniu do pedałowania doszedł aspekt wizualny, które można było odbierać jako utrudnienie. Podenerwowanie na pewno podawałam jak na tacy mimiką, a to raczej nie wpływało korzystnie na to, jak byłam odbierana (a może to było tylko wrażenie? Tego już się nie dowiem). Ale co, kobieto. Zrezygnujesz z marzenia, bo się denerwujesz? Wtedy będziesz musiała się przyznać, że przez strach straciłaś dużo energii, czasu i pieniędzy. No to jedziemy dalej. Seria potknięć, ciągle nowe twarze, każda godzina na adrenalinie. To jednak nie adrenalina odgrywa główną rolę w tym spektaklu. Wciąż najważniejsza jest chęć.

Dobrze, dosyć o mnie. Choć wystrzegam się poradnikowego stylu, chcę podsunąć dziś kilka punktów, które być może pozwolą komuś przemóc się chociaż raz, kiedy będzie trzeba wystąpić przed szerokim gronem. Oczywiście nie wyczerpię tematu, a po specjalistyczne porady zapraszam gdzie indziej. Poniżej są moje sprawdzone myśli, które powtarzam sobie w głowie (i realizuję w praktyce, jeśli trzeba), aby moje mówienie do ludzi nie tylko trzymało się kupy, ale również sprawiało mi przyjemność. Tak, można być tak dziwnym…

Przygotuj się do wystąpień. Konspekt referatu, przygotowany profil trasy na zajęcia, scenariusz audycji to kluczowe rzeczy, które ograniczają prawie do zera niepotrzebną improwizację. Spontaniczność jest wskazana, wnosi do „projektu” wiele świeżości i luzu. Bardziej komfortowa jest jednak świadomość, że ten spontan jest czymś, nad czym również panujemy. Poczucie panowania przekłada się z kolei na pewność siebie podczas wykonywania zadań.

Twoje wystąpienie to często interes dla drugiej osoby. Choć brzmi to dość topornie, nie da się ukryć, że egzaminator też chce mieć czas dla siebie i w znakomitej większości przypadków nie planuje spędzić całego życia, odpytując Cię z fatycznych funkcji języka. Ten, kto przychodzi na Twoją prezentację, zwłaszcza na konferencjach i warsztatach, jest ciekawy wiedzy, którą zamierzasz mu przekazać. Wiesz coś, czego on nie wie, ale bardzo chce się tego dowiedzieć! Czy to nie budujące?

Nikt Cię nie zje. W większości przypadków ludzie Cię lubią albo bo chociaż nie mają wobec Ciebie negatywnych uczuć. A to już dużo. Każdy obawia się kiepskiej oceny i głowi się, jak wypadnie przed szerszym gronem. Pocieszający jest fakt, że jeśli nie przypadniesz komuś do gustu, więcej nie pojawi się na zajęciach, nie włączy audycji, nie przyjdzie wysłuchać referatu. A aby Cię skrytykować zabraknie mu odwagi – chyba że zrobi pokaz (braku) siły w internecie.

Uśmiech, uśmiech, uśmiech. Dystans do siebie, doza autoironii. To działa na lęki tak jak patronus na dementorów. Chyba nie tylko ja lubię ludzi, którzy potrafią się śmiać z siebie?

Prężnie pracujący „mięśnień przemówień” daje wiele korzyści. Oprócz tego, że strach przestaje być paraliżujący, a staje się motorem napędowym, można też liczyć na łatwość w nawiązywaniu kontaktów i niby tak zwyczajną, ale wiele wartą radość z tego, że daje się coś drugiemu człowiekowi i przy okazji jest się słuchanym.

 

Mnie to przekonuje i napędza. Może czas, byś odważył się i Ty.  

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter