Nie każda tabata tabatą jest. Wrażenia po kilku sesjach

21 lutego 2016

IMG_20160219_193055_HHT

Nadaję do Was z okopów w kuchni i za chwilę będę próbowała udowodnić, że da się napisać krótką refleksję na bloga słysząc dwie wiertary w pomieszczeniu obok oraz uspokajając znerwicowanego tą sytuacją kota.

Głęboki wdech, zaczynamy.

Moją ostatnią zajawą treningową jest tabata i to nie tylko ta w postaci opierdalającej się (czyli stoję na podłodze i mądruję się krzykiem do innych), ale też ta w wersji aktywnej. Wynika to z wielu powodów, a podstawowymi są: czas i dobre samopoczucie. Robiąc tabatę – zamiast któregoś w tygodniu długiego odcinka w przedziale 75%-85% HRmax – po pierwsze oszczędzam minuty, które mogę przeznaczyć na przykład na pisanie, a po drugie nie odczuwam chronicznego zmęczenia, co miało już miejsce w czasach mojej niezbyt rozgarniętej, acz zmobilizowanej głowy.

Przypomnę: podczas tabaty należy osiem razy przez dwadzieścia sekund zaserwować sobie maksymalny wysiłek, a między każdą dwudziesto-sekundówką jest dziesięć sekund przerwy, które to mija szybciej niż moje postanowienia o niejedzeniu słodyczy. Całość to 4 minuty, plus rozgrzewka i końcowe wyciszenie. (Na rowerze jedzie się przedtem długie wzmocnienie, ale umówmy się, że skupiamy się teraz na tych czterech minutach). Mają one nas doprowadzić do 100% wysiłku, czyli całkiem możliwe, że do buraka, wulgaryzmów i mdłości – właśnie w tej kolejności. Przyznam, że zawsze miałam trochę problem z interwałami, łeb się bał tych wysokich poziomów, ale teraz uspokaja mnie to, że po czterech minutach mam z głowy najintensywniejszy czas. 

Nagrody? Poprawiona wydolność  (zarówno tlenowa, jak i beztlenowa) i spalanie również po zakończeniu sesji (powysiłkowa konsumpcja tlenu nawet przez następną dobę), czyli w pigułce wszystko, o co nam chodzi, kiedy wybieramy się  również na dłuższy trening.

Aby się nie znudzić, postanowiłam próbować różnych odcieni tego treningu i wiem jedno: na maksa mogę zrobić tylko dwa rodzaje tabaty. Musi to być albo rower stacjonarny, gdzie dokręcam duże obciążenie i staram się o wysoką kadencję (czyli znajduję równowagę między tętnem maksymalnym a nie popsuciem kolan), albo coś w stylu biegu bokserskiego w miejscu. W grę wchodzą jeszcze sprinty, ale tych nie jeszcze nie wypróbowałam.

Tabatę można również z powodzeniem zrobić w domu, odpalając cztery magiczne minuty na yt. I właśnie z tym mam problem. Może seria wyskoków, burpees i zaawansowanych planków doprowadza kogoś do maksymalnego wysiłku, ale na mnie tak to niestety nie działa. Nie wiem, czy to blokada w głowie, czy opieprzanie się, czy jedno i drugie, ale przy takich ćwiczeniach nie osiągam stu procent i wiem, że to „jedynie” interwał. Chciałam napisać, że może to kwestia wytrenowania…, ale dzienne słodzenie zostało już zużyte podczas robienia kawy majstrom od wiertarek.

Bardzo, bardzo polecam tabatę. Tym znudzonym dotychczasowymi treningami, tym, którym brakuje efektów i tym, którzy walczą o każdą wolną minutę w ciągu dnia. Komu te sesje mówią „nie”? Tym, którzy nie umieją się zmobilizować do maksymalnego wysiłku oraz osobom, które dopiero przed chwilą zaczęły aktywniej egzystować (tabata mogłaby być zbyt dużym szokiem dla organizmu, a my chcemy z nim dobrze żyć). 

 

No i cóż. To dobry trening dla ludzi lubiących popadać w skrajności. Nic dziwnego, że świetnie się w nim odnalazłam.

PS. Kot zmienił się w chleb i odmawia ujawnienia się.

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter
  • Olimpia

    Tabata jest super! Kto by pomyślał, że 4 minuty tak dadzą w kość. Moim ulubieńcem są jednak burpees z wyskokiem, nigdy nie przeklinam w głowie tak, jak podczas 7,8 rundy :D

    • Tabata – i nagle okazuje się, jak ubogi ma się zasób słów. :D