Odszedł mój kumpel

22 lipca 2017

 linkinpark

When my time comes 
Forget the wrong that I’ve done 
Help me leave behind some reasons to be missed 
Don’t resent me and when you’re feeling empty 
Keep me in your memory 
Leave out all the rest
Leave out all the rest

 

30 ton, lista, lista, lista przebojów! Prawie dwuletni brzdąc skacze intensywnie przed telewizorem, naśladując ruchy tych, których widzi na ekranie, czym zwraca moją uwagę. Co to za pierdolnięcie? – pomyślałabym pewnie, gdyby to słowo było wtedy w moim słowniku. Jakie to dobre – myślę bardziej kulturalnie. I przepadam.

Prawie dwuletni brzdąc ma dziś 15 lat. Owo pierdolnięcie nie jest mu obce.

Gimnazjum powoli się kończy. Oprócz wspomnienia o chrzcie pierwszaków wynoszę stamtąd przyjaciółkę, która jest ze mną do dziś. Przesiadujemy w moim niebieskim pokoju mnóstwo wieczorów, jeszcze tych bez internetu. Hybrid Theory i Meteora są już tak przemielone, że odtwarzacz odmawia płynnego prezentowania głośnych dźwięków, dlatego z tym większą euforią robimy premierowe odsłuchanie Collision Course. Potem, nie będąc już w tej samej klasie ani nawet szkole, weekendy spędzamy na oglądaniu filmików z tras koncertowych. Ona szaleje za Chesterem, mnie bliżej do Shinody, więc nie ma między nami nieporozumień.

2007 rok, Chorzów, Linkin Park w Polsce. Nie pojechałyśmy. Za biedne, niepełnoletnie, migawka z Telexpressu ma wystarczyć i dać nadzieję, że podczas kolejnego koncertu będziemy pod sceną, a nie pod telewizorem.

Przeżywam wszystko, co może przeżyć podlotek – egzystencjalne pytania, o co chodzi w życiu, co chcę robić, czy to wszystko moja wina, czemu znów mam pryszcze, dlaczego ze mną zerwał, jak się wyrwać z czarnej mentalnej dziury… I w tle są oni. Zawsze. Wrażenie, że on chce ulgi tak bardzo jak ja, pozwala na chwilę zrzucić z siebie nastoletni ciężar.

Dopiero teraz wiem, że on tej ulgi chciał bardziej.

Podczas swojej czarnej licealnej drogi zyskuję jeszcze jednego przyjaciela i znów znajduję wers, który idealnie pasuje do sytuacji: I’ve put my trust in you. Na osiemnaste urodziny dostaję bluzę z ekipą LP i Jay-em. W połączeniu z niezbyt obcisłymi spodniami, nierównymi warkoczami i odrostami na czarnych włosach wyglądam w niej jak worek nieszczęścia, ale traktuję prezent z namaszczeniem. To nie koniec kompletowania garderoby – podczas pomaturalnej pracy nad morzem rezygnujemy z przyjaciółką z obiadu, by kupić sobie t-shirty, mające wyrażać nasze uwielbienie do LP. Już nie siedzimy z kartkami i nie tłumaczymy tekstów. Wszystkie znamy na pamięć.

Podczas studiów bunt stygnie, złość bardziej wyładowuję w sporcie niż puszczając By myself na cały regulator. Zespół odchodzi na dalszy plan, w głowę wbijają się bity i odliczanie prawa, prawa, gdzieś cicho przemyka Breaking the habit i świadomość, że ma to około 100 RPM. Taka część życia nie może jednak odejść w zapomnienie i przekonuję się o tym w stu procentach, kiedy w 2012 dowiaduję się, że Chester, Mike i reszta ekipy przylatują do Polski.

Na koncercie jest tak tłoczno, że między ludzi nie można wsadzić nawet szpilki. Najpierw robi się zupełnie ciemno, potem pojawiają się pierwsze dźwięki A place for my head. To, co dzieje się potem, ładuje moje akumulatory i sprawia, że ostatecznie 2012 rok wspominam jako jeden z najszczęśliwszych.

Powiedzieć, że to miłość, wydaje mi się śmieszne, pensjonarskie i głupie, ale kiedy wracam z tego koncertu wiem, że władają mną najlepsze uczucia. To oni, za pośrednictwem tej muzyki, zapewniają mnie od zawsze, że będzie dobrze.

Dwa lata później Linkin Park gra we Wrocławiu. Spędziliśmy razem tyle lat, że mam wrażenie, jakby odwiedzili mnie kumple, którzy od zawsze wiedzą, co czuję. Jestem człowiekiem prawie po studiach i prawie pracującym na etacie. Jestem instruktorem, wciąż jestem też przyjaciółką. Jedziemy do stolicy dolnośląskiego, przed koncertem pijemy kawę na wynos – już nas bardziej na nią stać niż kiedyś. Jarałam się nimi, gdy nie było internetu i jaram się teraz, robiąc pierwszy, historyczny check-in na fejsbuku. Dziwię się, że status polubił koleś, którego prawie nie znam. Za kilka miesięcy on powie, że Linkin Park skończyło się na Meteorze, a ja niby trochę się obrażę i spojrzę na niego z uczuciem. Tymczasem jestem tu, na stadionie we Wrocławiu, usłyszę zaraz moich kumpli drugi raz i przekonam się, że trybuny na koncercie to rozwiązanie ostateczne, bo jak skakać, to tylko na płycie.

Trzynaście lat po pamiętnym odcinku 30 ton rzadko wracam do zespołu, który towarzyszył mi w najważniejszych momentach życia. Odkrywam jednak, że ta muzyka nie jest lekarstwem tylko na nastoletni ból istnienia, ale wciąż doskonale sprawdza się w zwątpieniach już dorosłych i przypomina, że z wielu kiepsko wyglądających bagien udało mi się wyjść… Więc i obecne rozterki kiedyś będą mało znaczące.

Przyjaciółka kilka razy pyta, czy jedziemy na koncert do Krakowa, skoro nie poniosło nas w 2015 do Rybnika. Waham się i ostatecznie stwierdzam, że nie, trochę za dużo kasy trzeba by wydać i że byłam trzy lata temu.

Że jeszcze będzie okazja.

20 lipca 2017 o 20:59 wysyłam do przyjaciółki smsa, aby potwierdziła, że to, co piszą w mediach, to nieprawda.

 

Sometimes solutions aren’t so simple
Sometimes goodbye’s the only way

 

 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter
  • Katarzyna Skierska

    Wszystko to co czuje Ty ubrałaś w słowa… I to po mistrzowsku ;-) Dziękuję:-*