Ostre koło. Prędkość, wolność, adrenalina

30 sierpnia 2017

ostre-kolo

Dobrze wygląda na zdjęciach i wbrew pozorom całkiem nieźle radzi sobie na triathlonie. Było w Chełmnie, Toruniu i Koronowie, a wszędzie doprowadzone zostało siłą moich nóg, a nie innymi środkami lokomocji. Ostatnio głównie… stoi. Wciąż bezimienne czeka, aż nadejdzie ten moment, kiedy zorientuję się, że to zawsze było coś.

Ta jazda nocą.

To kotwica. Jedno potężne, wciąż mocne skojarzenie sprzed trzech lat znowu o sobie przypomina. Znieś ten rower ze schodów, włóż stopy w strapsy i sprawdź, czy dziś jest dobry wieczór na pielęgnowanie tego wspomnienia. Podjedziemy do tej próby ze specjalną playlistą.

Drogi osiedlowe nie są wyzwaniem, choć trzeba pamiętać, by unieść tyłek w okolicach krawężników. Powoli wczuwam się w klimat, „Can’t stop playing” i „Here comes the rain again” smakują dość dobrze, choć są zbyt wolne, bym kręciła w rytmie. Ale to nie ten rower, można płynąć bez względu na tempo uderzeń, lepiej wziąć po uwagę pierwsze skrzyżowania z sygnalizacją świetlną, by nie skończyć zaraz jako czerwona plama z czołówek jutrzejszych gazet.

Na głównych ulicach wciąż ruch. Tym razem brak ścieżki rowerowej nie martwi, na pierwszym planie jest to, co w słuchawkach. „Insomnia” zadomawia się w mojej głowie, dość niepewnie sięgam do nerki na pasie, by zdążyć pogłośnić przed wejściem motywu głównego. Ten pojawia się na równi z tirem, który postanawia mnie wyprzedzić.

Pierwsza adrenalina.

Tętno opada wraz z ulicznym zgiełkiem, wjeżdżam na spokojniejszy fragment trasy, w słuchawkach „Treasured Soul”. W sumie nie wiem, co tam robi, pewnie to jakieś dobre skojarzenie z zajęciami. Musiały być jakieś ciarki. To dość letnia piosenka, a tu w twarz bije prawie jesienny wiatr i długie światła samochodów. Sytuacja niespójna, nad którą jednak nie jest mi dane długo się zastanawiać, bo skręcam w lewo i pojawia się Seams.

Droga wciąż jest prosta. Dobry asfalt, bez wątpliwości ufam temu, co może mnie spotkać za chwilę, muzyka przyspiesza, ja z nią. Zajebista trasa, spójność wróciła, wszystko współgra, jest prędkość większa niż standardowa… To po to uczucie wyjechałam z domu, to takie odcinki uwielbia ten rower. W oddali pojawia się czerwone światło i myśl o tym, żeby tylko nie musieć zwalniać.

You can call me up when you feel like tamping
Ain’t you just a perfect dream?
You can call me up when you feel like hating
But you see we’re splitting at the seams


Czerwone światło coraz bliżej, a i trasa okazuje się być zaskakującą, bo oto nagle jadę z góry. Mam więc już o kilka sekund mniej na decyzję. Rozsądnemu, ułożonemu człowiekowi odbiera myślenie i postanawia spróbować szczęścia. Już myślę, że jestem coraz bliżej czołówek jutrzejszych gazet lub zaciągnięcia kredytu na życie… I błyska mi tylko pomarańcz i zieleń.

Zjazd się nie kończy, mój apetyt rośnie, postanawiam utrzymać to tempo. Mechanizm ostrego koła jest jednak bezlitosny; chęć nadążenia za korbą wywołuje grymas na mojej twarzy. Nagła nierówność terenu: wzięcie wielkiego haustu powietrza i zaskoczenie, jak wiele można pomyśleć w ułamku sekundy…

Jak się najmniej inwazyjnie wypierdolić, by nie stracić jednej z niewielu części ciała, do której nigdy nie miałam zarzutu i nie być sepleniącym instruktorem?

Jakimś (drugim) cudem tego wieczoru zostaję na rowerze w odpowiedniej pozycji. Prowokujące utwory się kończą, jest tylko „Easy” Son Lux i jest ta ulica, którą trzy lata temu po raz pierwszy jechałam na ostrym kole. Jeszcze bardziej magiczna niż wtedy, bo już wiem, że nie opłaca się jechać na cienkich oponkach blisko tramwajowych szyn. Myślę więc tylko o tym, dlaczego ludzi tak jara adrenalina…

ostre-kolo-1

Każdy z nas wie, co mu pomaga na małą chandrę i większe wątpliwości. To nasz wybór, że pozwalamy im się kurzyć. 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter