Po co chodzić na indoor cycling? Po dobry nastrój!

21 stycznia 2018

Próbuję sobie przypomnieć, co zdecydowało o tym, że pokochałam to zajęcie prawie że od pierwszego zakręcenia korbą roweru, któremu daleko było do tego, na czym pracuję teraz. Bardzo możliwe, że widziałam w pedałowaniu w miejscu ogromny potencjał na spalanie kalorii – moja ówczesna głowa nie miała wyjątkowych priorytetów jeśli chodzi o ćwiczenia. Podejrzewam, że znaczenie mógł mieć ten charakterystyczny wpierdol, który się tam dostaje, i zarządzanie nim (wpierdol management?) poprzez dokręcanie obciążenia. Do tego wszystkiego koszulka mokra jak po basenie i aż chce się wracać na następne zajęcia. Satysfakcja, ale i niedosyt.

Wszystkie te czynniki jak najbardziej szanuję, niemniej chodziło chyba jeszcze o coś innego. O to, po co przychodzą teraz ludzie do mnie: po dobry nastrój.

Pomagam spalać te kalorie, w końcu to wciąż najczęstszy priorytet. Nawet, jeśli te kalorie mogą wrócić do brzuchów już po godzinie od zakończenia zajęć, w końcu „jechałem, to mi się należy”, „mam węglowodanowe okno” i inne te stwierdzenia rodem z castoramy. Zajęcia przyczyniają się też do poprawy kondycji, następnego lata zobaczę kilku śmiałków z sali w Brdzie, kiedy walcząc z prądem będą marzyli, by już wsiąść na rower, bo to coś, co organizm zna, robił całą zimę.  Gdyby jednak to wszystko było robione w grobowej atmosferze, nikt by na tę salę nie wracał. A przynajmniej nie do mnie, bo daleko mi do wymiarów 90 – 60 – 90, więc wiadomo, że nadrabiam innymi walorami!

Nie chcę na przesadnej powagi na sali, obojętnie z której strony jadę.  Zawsze ciągnęło mnie do instruktorów z choćby najbardziej suchym, ale jednak poczuciem humoru (coś w końcu musi poprawić stan przeciekającej koszulki). I naprawdę, instruktor nie musi być mistrzem dowcipnych uwag; do dziś pamiętam lekcję, podczas której wystarczyło, że zostałam poproszona o „rozluźnienie czoła i nie uśmiechanie się”, a ja już weszłam w drgania, które z radością opisałby każdy nauczyciel fizyki. No, ale tak jak każdy ma inny próg bólu, tak i na wyżej wspomniane polecenie inna osoba mogłaby najwyżej spojrzeć pobłażliwym wzrokiem.

Pamiętajmy o tym, że nawet w dobie bycia beznadziejnym w trzech dyscyplinach, nie każdy chce być kolarzem, triathlonistą, cyborgiem (niewłaściwe skreślić). Nawet, jeśli może zmierzyć sobie zajebistym sprzętem funkcjonalną moc progową. Są osoby, które naprawdę chcą przez godzinę zapracować na to, by mieć po prostu dobry nastrój potem, bo przez cały dzień go brakowało, więc cóż, warto się pobawić w kabaret… Czy –  najczęściej – stand-up. Indoor ma ten plus, że „karą” za słabszą odzywkę instruktora może być najwyżej brak reakcji grupy, pomidory czy jajka rzadko ktoś ze sobą zabiera na trening, więc w paszczę nie dostaniesz. A i wspomniany brak reakcji może świadczyć po prostu o braku oddechu. Tymczasowym, rzecz jasna!

Wierzę, że sala IC może być miejscem, gdzie kołnierzyk służbowej koszuli ma przestać uciskać. Tu na powrót stajemy się ludźmi, wyskakując ze skóry robotów, które jeszcze godzinę temu próbowały okiełznać excela albo wytłumaczyć dziecku piętnasty raz dzisiaj, że nie, tak nie robimy.

Zatem, Szanowni Państwo, kij w dupie na zajęciach? OK, pod warunkiem, że jedziemy frozen.

 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter