Post pisany tuż po zażyciu

30 września 2016

img-20140629-00780

Uprzedzając ewentualne pytania – zdjęcie po prostu odzwierciedla stan mojej głowy w tej chwili. Nie jest mocno związane z tematyką tekstu, ale kto wie, może odpalimy sobie kiedyś na ekranie jakieś fajerwerki na koniec treningu? Bo jednak na sali to wolałabym nie odpalać niczego, czego efektem byłby dym. Ale ponoć klient nasz pan, a nie wiadomo, co może im wpaść do głowy, jak będą mieć mózgi tak zaindoorfinowane jak mój teraz.

W piątkowy wieczór jak zwykle marzę tylko o przyłożeniu twarzy do miękkiej poduszki, ale czas od środy do piątku był zbyt pozytywny rowerowo, by pozostawić go bez  śladu w moim internetowym pamiętniczku. Toż ja uwielbiam to zajęcie!

Nie owijając już wszystkiego w górnolotne słowa: mam jak każdy tak, że nie chce mi się czasem wyjść z domu, a za drzwi wypycha mnie tylko poczucie obowiązku. Jeśli zdarza się, że żywię leniwe uczucia wobec IC, raczej się nie przejmuję, bo wiem, że wszystko diametralnie zmienia się z  chwilą przekroczenia sali i zobaczenie choćby jednego człowieka.

 

– A kto ma w piątek te drugie zajęcia?

– Ja..

– To zdążę.

Zdążył.

 

To nie jest tak, że instruktor, widząc bardzo często nowe twarze, nie zapamiętuje ich. Okej, przyznaję się bez dokręcania – często zapomina imion. Ale tych nie zapamiętuje co drugi człowiek, więc nie ma co się na instruktora złościć. W każdym razie czasem wiem, kogo na zajęciach brakuje, kogo długo nie widziałam. A potem na jesień, kiedy wraca sezon, wchodzę w takie piątkowe popołudnie do sali i widzę z co najmniej trzy Wielkie Powroty… Ci ludzie to dla mnie jedno wielkie, dobre skojarzenie. To jest główny powód, przez który kiedyś bardzo trudno będzie mi się rozstać z tym zajęciem. Ta interakcja, uśmiech i energia. Nie mówiąc już o uruchamianiu fabryki narkotyków w swoim organizmie.

Innym razem mijam w drzwiach osobę, którą pamiętam doskonale, bo… była na moich pierwszych zajęciach. Bez fałszu można powiedzieć, że o jak dobrze cię widzieć, tak właściwie to po latach. Sentyment pozostaje. Wpadnij teraz, sprawdź, jak jeżdżę już dwa poziomy wyżej!… Niektórzy się żegnają (trzymaj się, Ania!), wielu ze stałych bywalców nie wróci już nigdy na tę salę. Ci ludzie całkiem przypadkowo wracają mi do głowy podczas codziennie robionych pieszo kilometrów. Czy zmienili klub? A może spadła im motywacja? Wyjechali, czy może są chorzy? Znudzili się zajęciami? Co się stało? Czasem chciałabym wiedzieć. Niby nie mamy żadnych relacji poza tą godziną czy dwiema w tygodniu, wiemy więcej o swojej technice jazdy niż o codziennych problemach, niby jesteśmy obcymi dla siebie ludźmi. Ale dajemy sobie nawzajem tyle, że każdy chce po to wracać. Że chce zapytać, co u ciebie i gdzie byłeś, jak cię nie było. Czy zostałeś już tylko bohaterem anegdotki na blogu?

 

– Można ciszej tę muzykę?

– Cóż… Taka jest specyfika tych zajęć, chyba ciszej nie będzie dobrze, chcecie ciszej? – szukam wsparcia w pozostałych członkach grupy.

Nie chcą. Po zajęciach:

– Wiem, że głośno ta muzyka, ale tak to już jest. Dała pani jakoś radę? – śmieję się.

– Ach, no trudno,  ale było super! Następnym razem sobie stopery przyniosę!

 

A sezon dopiero się zaczął… Winter is coming!

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter