Pozwól mi być amatorem

 

Ostatnio obserwuję blogujących biegaczy albo prosportowe grupy na fejsie i coraz częściej czytam, jak internetowi specjaliści dają lub nie dają prawa startowania komuś w zorganizowanych biegach w zależności od tego, w jakiej jest kondycji.

Regulamin i cel

W regulaminie każdego biegu przeczytamy, że ma on na celu „upowszechnienie biegania jako najprostszej formy aktywności” (jeśli jeszcze nie zajrzałeś do regulaminu – nie musisz dziękować). W przypadu triathlonu: jako formy wszechstronnej. Upowszechnienie, czyli – nawet słownik nam to powie – sprawienie, że coś staje się bardziej dostępne dla ogółu. Nie dziwi więc fakt, że w biegu na 10 km wezmą udział nie tylko ci, którzy będą na mecie 35 minut po startowym wystrzale, ale także osoby, którym pokonanie tego dystansu zajmie ponad godzinę. Na starcie spotkasz zarówno Kenijczyka, jak i panią Krysię z koleżanką, które zrobią sobie marszobieg, a zawodnika z elity zobaczą tylko podczas transmisji telewizyjnej igrzysk olimpijskich.

Nikt nie napisze dla sceptyków oddzielnego regulaminu i zasad. Nie zaznaczy, że bieg jest przeznaczony dla wszystkich, którzy mogą biec pierwsze 5 km w czasie 5:30 min/km. Zapisując się na bieg, musimy zaakceptować co najmniej to, że ktoś wystartuje nie ze swojej strefy, że podejdzie pod nogi, że nagle gwałtownie przystanie na środku trasy. Za kilka biegów będzie już bardziej ogarnięty, albo lepiej: stwierdzi, że to nie dla niego i już nikomu pod nogi podchodzić nie będzie.

Najwolniejszy zawodnik płaci tyle co ten, który znajduje się po środku stawki. Organizatorzy nie będą zaniżać limitów czasowych, bo im się to nie opłaca. Im mniej wyśrubowane limity, tym więcej osób widzi dla siebie szansę. To oni uiszczą opłatę startową, to dzięki nim impreza ma większy rozmach. Zresztą na przykładzie Bydgoszcz Triathlon widać, że porywają się na to – wbrew pozorom – ludzie racjonalnie myślący. Limit na 1/4 wynosił 330 minut! Można było płynąć godzinę, jechać rowerem ponad dwie tyle i jeszcze człapać na bieganiu, czyli na dobrą sprawę nie mieć pojęcia o żadnej z dyscyplin. Ale ostatnia osoba przybiegła na metę, kiedy zegar wskazywał czas 4 godzin i 17 minut. Tak elastyczne limity okazały się niepotrzebne (acz zachęcające).

Bieg zorganizowany a zawody

Czuję różnicę i choć sama traktuję te określenia zamiennie, to jednak pamiętam, że start w zawodach wymaga pewnej profesjonalizacji (którą wyznacza trening, a nie cena sprzętu). Patetycznie ujmowane „ściganie się z samym sobą” nie zalicza się do zawodów. Zaznaczam więc, że znakomita większość zorganizowanych biegów jest przeznaczona dla amatorów, a zawody i największa rywalizacja odbywają się tylko w czołówce tychże. Organizatorzy najbardziej popularnych biegów z ochotą wydadzą pakiety startowe wszystkim i dostęp do nich ma zarówno członek elity, jak i człowiek sponiewierany piętnastominutowym truchtem.

PRO

„Dużo sprzętu, mało talentu” – takie powiedzenie krążyło w sportowych środowiskach już w tak zamierzchłych czasach ja moje granie w koszykówkę. Niby wiemy, że tak może być, ale prędzej damy komuś prawo do startowania w triathlonie, jeśli go stać na rower za pięciocyfrową kwotę, niż gdy pokona dystans na składaku.

Rozumiem, że dla zawodników PRO cel „byle ukończyć” nie jest nazbyt ambitny, ale tak naprawdę dla wielu oznacza to: „zrobię wszystko, by dotrzeć do mety z klasą”. Bo nie potrafią określić czasu, w jakim ukończą zmagania. Zachowanie organizmu podczas startu szybko zweryfikuje, czy ktoś mierzył siły na zamiary. I to będzie dla startującego wystarczającym powodem do refleksji. Nie potrzeba do tego uwag innych zawodników.

Dobrze mieć ideały. Dobrze myśleć, że aby wystartować w zorganizowanym biegu trzeba już coś sobą reprezentować i poprzeć to myślenie działaniem. Już teraz rozprawiam w głowie o trenowaniu do przyszłorocznej Terenowej Masakry, bo mimo że to bardziej dobra brudna zabawa niż wyścig, nie mam zamiaru narobić sobie wstydu. Tego wystarczyło już w podstawówce na wfie. Wiem jednak, że nie wszystkim bliskie jest takie myślenie i jakość. Jeśli Roman chce sobie przebiec dychę w halówkach – bardzo proszę! To jego kolana, nie moje. A cieszy się na mecie pewnie tak samo, jak ja, co wybuliła na żelowe asicsy. Przecież to nie moja sprawa, czy Roman z pokorą podchodzi do startu.

A co pomyślisz o mnie, która startowała w 1/4 IM bez pianki i na ostrym za kilka, a nie kilkanaście stówek?

Jak do tej pory uważałam, że ego tych „pro” zawodników jest tak wielkie, że nie powinien ujmować im fakt, iż w ogonie rywalizacji znajdują się ludzie, którym przyświeca idea „byle ukończyć”. Przecież i tak nie są dla profesjonalistów żadną konkurencją, dotrą na metę kilkadziesiąt minut po nich. A że amatorzy też będą mogli powiedzieć w rodzinie, że zrobili tri czy ukończyli dychę? Naprawdę trzeba im odbierać tę radość tylko dlatego że nie są tak wydolni jak czołówka?

Na wartość człowieka składa się coś więcej niż marka jego butów do biegania i wysokość  tętna spoczynkowego.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarz “Pozwól mi być amatorem”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *