Przystanek Woodstock 2017 – najlepsze chwile

8 sierpnia 2017

woodstock2

 

Woodstock dopiero od dwóch lat jest obowiązkowym Przystankiem podczas moich wakacyjnych wojaży, jednak już od pierwszej wizyty uzyskał wysoki priorytet. W tym roku moja głowa czekała na niego jak na zbawienie, licząc na to, że właśnie w otoczeniu przyjaznego tłumu i znajomego zapachu niebieskich plastikowych budek, do których nawet Woodstockowi króle chodzą piechotą, zdołam wytłumaczyć sobie samej parę spraw… Albo po prostu odpocząć.

Nieśmiało założę, że mi się udało.

Jestem dzieckiem jezior i lasów; mniej uciążliwe są dla mnie złośliwe komary, niż zatłoczone plaże. Z tego też powodu w minioną środę, budząc się o te samej porze, o której zwykle wstaję do pracy, uznałam, że mam przekozacki widok „z okna”.

 

woodstock1

 

Jesteśmy bardzo różni. Jestem świadoma, że dla większości moich koleżanek sikanie do nie zawsze idealnie czystego tojtoja, mycie się w zimnej wodzie i spanie tuż przy ziemi nie byłoby odpoczynkiem, a mordęgą. Pewnie dokładnie taką, jaką dla mnie byłoby nudzenie się w hotelu nad basenem. Dlatego ten tekst nie chwyci za serce kogoś, kto nigdy nie odnalazł się w festiwalowym klimacie… Wierzę jednak, że te dobre chwile, które chcę tu zachować, i moje wnioski z nich, pozwolą Wam spojrzeć na imprezę z Kostrzyna nad Odrą nieco inaczej niż oczami redaktorów internetowych wydań dzienników.  

MOJE NAJLEPSZE CHWILE Z PRZYSTANKU WOODSTOCK 2017

Podwórkowi chuligani

Tak jak w życiu, tak na Woodstocku najlepsze chwile bywają niezaplanowane. To ściana deszczu, która zastała mnie przy pożywianiu się w wiosce Kriszny, kazała schować się do krisznowego namiotu. Akurat wtedy na scenie pojawili się Podwórkowi Chuligani – ich punkową muzę czułam na drugi dzień w łydkach.

House of Pain

To nie koniec skakania – zapraszamy pod dużą scenę na koncert House of Pain. Świetnie się bawiliśmy całą godzinę, ale wiadomo, że każdy czekał na te doskonale znajome dźwięki… Świadomość, że wszyscy w promieniu kilkudziesięciu metrów skaczą skutecznie reanimowała moje nie do końca wypoczęte łydki. Zapamiętam na długo.

I’ve tried so hard…

The Qemists podczas swojego seta zaproponowali, żebyśmy wszyscy zaśpiewali bez udziału instrumentów – dla tych, których już nie ma z nami. Nie trzeba być mistrzem dedukcji, wystarczy wychować się na LP, by wiedzieć w takim momencie, że mają na myśli Chestera Benningtona. Tłum, który niedawno skakał do Jump Around, teraz zadziwił potężnym odśpiewaniem refrenu „In the end”. Nie darłam się tylko dlatego że nie chciałam zagłuszać tego, co dzieje się wokół mnie. I może trochę przez to dziwne uczucie w gardle.

Arahja

HEY! gra utwór Kultu – wiedziałam to już przed festiwalem w Jarocinie, gdzie miałam okazję to usłyszeć pierwszy raz. Że zagrają to na Woodstocku – wydawało mi się to oczywiste. Że w trakcie jego wykonania będę stała za barierkami, za które wpuszczono mojego faceta, ale mnie już nie, wkurwiona na sytuację polityczną, dzięki czemu jeszcze inaczej odbiorę ten utwór, tego nie zakładałam… No i Katarzyna swoim płaczem na scenie naprawdę nie pomogła utrzymać równowagi.

Tabu

Z HEY! przeniosłam się sprawnie – na ile to możliwe w tłumie woodstockowiczów – pod małą scenę, gdzie grało i śpiewało Tabu. Koncert z 2014 roku trzymał mnie może nie przy życiu, ale na pewno przy dobrym nastroju w trakcie długich zimowych wieczorów, kiedy kolejny letni przystanek wydawał się tak odległy… To tutaj darłam się, że tyle mam, ile mam, ile bym chciał i to ten wers będzie wyjściowym do następnego tekstu.

woodstock3 

Nigdzie się nie spieszyć, stać godzinę w kolejce bez stresu, bo przecież i tak mam czas, słać uśmiechy, przybijać piątki i drzeć się „zamknij się!” na każde „zaraz będzie ciemno!”, a w wolnych chwilach, których nie brakuje, zawołać Andrzeja…  

Przystanek Woodstock to wybuchowa mieszanka dobra: muzyki, życzliwości i wolności. Nawet pisać mi się zachciało.

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter