Szczęśliwie przegrywam z inspiracjami

14 marca 2017

maliny

Kiszonki zamiast wołowiny po bungurdzku, pamiętniczek na instagramie zamiast kadrów chwytających za serca tłumy, maźnięcie rzęs tuszem, a nie konturowanie twarzy… Witajcie w moim życiu, które w tak zaawansowany sposób korzysta z inspiracji podsuwanych mu co chwilę pod nos. 

 

JEDZENIE

Zacznijmy od bardziej przyziemnej i naturalnej sprawy, jaką jest pałaszowanie. Jak wiadomo, obecnie konsumpcja zalanych wrzątkiem płatków owsianych to siara, a owsianka powinna pływać w towarzystwie co najmniej trzech rodzajów owoców, nasion chia, kryształków z Marsa i kropli krwi dziewicy (sami oceńcie, co trudniej jest zdobyć). Ciasta też się z mąki nie upiecze, bo zaraz skręt jelit, wysypka i inne dolegliwości, którymi można straszyć tak jak Buką albo szczepionkami. Nawet jeśli nie miewasz takich perturbacji, ale na dietetyczne nieszczęście swoje jesteś trenerem, to nawet na fejsie nie poszpanujesz, bo Cię koleżanki dietetyczki zjedzą (o ile nie zawierasz glutenu i substancji słodzących). Potem ja wejdę do tego Internetu, w którym Ty pokazujesz jambalaya z owocami morza i polędwiczkę w kruszonce ziołowej i stwierdzę, że przecież ja też mogę i już jutro polecę do sklepu – oczywiście do tego oddalonego o 15km od miejsca zamieszkania, bo tylko tam dostanę doskonałej jakości żywność klasy premium. Pół pensji wydane, pół dnia w kuchni, efekty zjedzone w pół godziny. Nawet zdjęcia przed nie zdążę zrobić.

Po chwili jedzeniowej przyjemności najczęściej pozostaje mi zadać sobie zajebiście ważne pytanie: czy ja to lubię robić? I potem przestać to robić. Usiąść z kapustą kiszoną, być niezainspirowaną i szczęśliwą z czasem zaoszczędzonym na coś, co zrobię z pasją.  A rękawy podwijać w kuchni z prawdziwej chęci, a nie sztucznego nakręcenia się.

 

INSTAGRAM

Jeśli jesteśmy już w temacie jedzenia, nie sposób nie wspomnieć o medium społecznościowym, skupiającym w jednym miejscu wszystkie słodkie pieski, umięśnione brzuchy i inne sky/view/foodporny: instagram. Oglądając codziennie cuda, jakie potrafią zamieścić tam inni użytkownicy, człowiek sam zastanawia się, jak swoje życie pierdolnąć w jakimś wyśmienitym kadrze i uwierzyć, że to życie naprawdę tak zajebiście wygląda jak na fotce. Niektórym wystarczy do tego zobaczenie własnej twarzy w dobrym świetle, ale umówmy się – ja oczekuję od życia i swojego instagrama czegoś więcej niż tego, co codziennie widuję w lustrze. Inspiracja do tworzenia dzieła sztuki fotograficznej ze swojego „byle byłego” profilu na insta odchodzi ode mnie  z jednego błahego powodu…

Obojętnie jak mało atrakcyjnego zdjęcia mojego bardzo atrakcyjnego roweru bym nie zrobiła, i tak zbierze największą ilość rozentuzjazmowanych serduszek i pobije na głowę najbardziej wystylizowane foty, więc jak ma mnie to motywować do odpowiednich kadrów i podejmowania prób pokazania estetycznych wnętrz?

To, co inni załatwiają ładną twarzą w dobrym świetle, ja załatwiam ładnym rowerem w świetle niewyszukanym. Cóż, trzeba sobie jakoś radzić.

 

MAKIJAŻ

Nie odbiegając zbytnio od pięknych buziek, zdradzę, że czasami jeszcze inna tematyka pochłania moje myśli i powoduje mocne postanowienie poprawy. Wystarczy zaledwie kilka minut na youtubowych kanałach głównie dla płci pięknej przeznaczonych, żebym na dobre zapomniała o swojej przynależności do grupy lasek skrzywdzonych krzywą kreską od eyelinera. Patrzę na te piękne brzoskwioniowe buzie najładniejszych youtuberek i podziwiając ich nieskazitelne cery i mejkapy, które udają, że ich nie ma, zachłystuję się postanowieniami o tym, jak to mnie jutro rano własny chłop nie pozna dzięki starannie zrobionej tapecie. Ostatecznie, jak się słusznie domyślacie, co najwyżej raz chłop dziwi się, co tak wcześnie wstałam, po czym i tak stwierdzi, że różnicy mu nie zrobi, co tam sobie nasmarowałam na twarzy i dlaczego wybrałam to zamiast spania.

Najczęściej po jednym makijażowym wybryku, do którego i tak miałam za mało kosmetyków, siadam i analizuję te filmy i łapię się na tym, że ktoś mówi mi, jak to makijażem powinnam: wyszczuplić policzki, wypełnić usta, powiększyć oko, zmniejszyć oko, zmniejszyć podbródek, wydłużyć brew, skrócić brew, ogolić brew… I stwierdzam, że najpewniej dlatego nie pokazuję twarzy na insta tylu niedoskonałości wkręconych sobie przy okazji jednego filmu na pewno nie sposób załatwić w jeden poranek i daruję sobie te wszystkie artystyczne wygibasy, których nie czuję.

Aż do następnego razu, kiedy zgubię się w sieci.

 


sowa 

Więc Wy, którzy urodzeni zostaliście po to, by inspirować innych… Powodzenia, obyście życia nie zmarnowali na dawanie natchnienia leniuchom takim jak ja.

Czy u Was też niektóre rzeczy kończą się na inspiracjach? A może zawsze pełen make-up i cudne, instagramowalne jedzenie na talerzach w stylu skandynawskim?

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter