Taki banał, w końcu wszyscy jeżdżą na rowerze

 

Tak długo cię nie było – łudzę się, że powiedziałabyś do mnie, gdybyś mogła wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, poza tym od łańcucha. Bliżej mi jednak do stwierdzenia, że byłoby to: „witaj, królewno, rusz dupę”. Byś była ukontentowana, obwieszczam wszystkim na fejsie, że o poranku wsiadam na rower, a nazajutrz te socialowe groźby wprowadzam w czyn.

Mówią, jak to można bez względu na warunki z uśmiechem na twarzy mknąć na rowerze przez miejskie ulice. Tu nie znajdziesz potwierdzającej tę tezę refleksji. Po pierwszej, zimowej jeździe na ostrym po szóstej rano obiecuję sobie, że nigdy więcej. Że koza, o ile uda nam się wrócić do domu, będzie stała i królewnowała mi co najmniej do kwietnia. Dupa mokra, uda mokre, taka narta na tylnym kole w tę pogodę nic nie warta. Szuszarka sama się włącza na mój widok w korpo-toalecie. Tylko kawa może mnie uratować. Yerba znaczy…

Och, dobra. Yerba, a kawy to pół kubeczka. Razy dwa.

Ten przechodzień zdziwiony, że ktoś go wygania ze ścieżki. Zniecierpliwione studentki, próbujące zmieścić się na nagle zbyt wąskim dla nas wszystkich chodniku. Kierowcy, którym jeszcze rzadziej niż latem przychodzi do głowy, że za zakrętem może ich spotkać biała strzałka. Zaraz po tej zielonej. Cudem nie robią ze mnie marmolady. Pasażerowie, mający w głowie „Rowerem się jeździ, a nie przewozi się go w autobusie” i ty, mówiący, że sieć w Bydgoszczy nie na pięć, tylko na dwa, i że na tej trasie powinna być ścieżka, wtedy by żadne sprawne ostre autobusem nie jeździło.

Śliski asfalt, trzech rowerzystów, tyle samo zmian pasa. Z taką obstawą nie muszę sygnalizować manewru. Powraca uczucie znane z lata: lekkie zażenowanie, bo kierowca spowalnia ruch, nie umiejąc nas wyprzedzić. Nie umie tak samo jak wiosną i latem, moc odblasków nie dla niego. Choć nie mam lusterka wstecznego, widzę go w tej korsie, widzę punto za nim i merca, w którym żyłka zaczyna drgać na zniecierpliwionym czole. Poczułabym się winna, ale niepotrzebna empatia w mig zostaje przykryta przez zakwasy vel mikrourazy w udach, które znów dały o sobie znać. Wraz z pieczeniem w nogach przychodzi wspomnienie letniego krzyku sprzed półtora roku: „Trzeba zapierdalać, tu nie ma lżejszych przełożeń!”.

Ostatnia prosta. Już wiem, że napiszę o tym. Za dzień, może tydzień, może za dwa. Choć to przecież takie nic, taki banał, w końcu wszyscy jeżdżą na rowerze. Cóż, skoro takie pozornie mało wyjątkowe rzeczy mnie uszczęśliwiają, to ja chcę. Chcę tych przeciętności. Niech z nich się składa moje życie.

I już dom. Ostatnim zmartwieniem jest wyłączenie lampki umieszczonej na sztycy.

Robi to za mnie męska dłoń.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *