Trudna relacja z amatorskim sportem

Bieg Malinowskiego. Obowiązkowy start dla większości uczniów z grudziądzkich podstawówek. 2 km katorgi. Przybiegam na metę jako przedostatnia. Większego wstydu z tamtych czasów nie pamiętam. No, może poza dopisaniem na ścianie męskiej szatni do mozaiki wyzwisk „Chłopacy z Va to debile” i konieczność powiedzenia o tym mamie (oszczędzając jej „Tak naprawdę chciałam napisać, że chuje”). 

Bieg Mostami w Bydgoszczy. Rok 2010 albo 2011. Zawał i wspomnienia ze szkoły, mnóstwo pytań: po co? Ale w końcu już kilka lat wcześniej wciągnęłam stare dresy i biegałam po osiedlu, to spróbuję coś zorganizowanego. Przy ludziach. Wbiegając na metę po około sześciu kilometrach wyglądam jak skrzyżowanie pączka z burakiem, a mimo to ktoś dopinguje mnie na mecie. Dziwne.

Dziesięć kilometrów w Kwidzynie – pierwsza dycha w życiu. Jedynki w rezultacie 1:01:11 co prawda nie wskazują na bycie pierwszą w jakiejkolwiek kategorii, ale w swoim własnym rankingu podskakuję co najmniej tak jak po golu Krychowiaka w czerwcowe popołudnie 5 lat później. 

Kolejna dycha, wreszcie półmaraton. Kolekcjonuję medale, endorfiny i szacuny od znajomych. Myślę sobie, że albo te imprezy są takie fajne, albo ja, albo może cały ten zestaw? Łapię takie chemiczne odloty, że gdybym kiedykolwiek prędzej była uzależniona od substancji psychoaktywnych, rzuciłabym je po pierwszych startach, bo oto znalazłam coś tańszego niż dragi.

 IMG_20160712_115747

Jeżeli powiem, że aktywność fizyczna często gęsto bywa składnikiem do (od)budowy poczucia własnej wartości, chyba nikogo nie zdziwię. Kompulsywne zachowania mają różne oblicza: ktoś lubi się obeżreć jak mały prosiak, ktoś inny zajechać na chodniku z pomocą nowych biegówek. Niektórzy cenią sobie duathlon złożony z obu tych czynności (kolejność dowolna). Ktoś przyćpa, ktoś szczęście zapewni sobie kolejną parą butów, inni namiastkę spełnienia znajdą w kolejnym partnerze do łóżkowych harców. Tacy jesteśmy na głowach porąbani.

Kiedy wchodzi się w dorosłe życie (rytuałem wejścia jest otrzymanie pierwszych rachunków, a nie dowodu osobistego) może się okazać, że amatorski sport musi być jednym z kolejnych wyborów i dorosłych decyzji. To dziwne: przecież dotąd wszystko wynikało samo z siebie, nie trzeba było ogromnych wyzwań organizacyjno-logistycznych, by co jakiś czas gdzieś wystartować. Można było nie pójść na nudne zajęcia na studiach, a zamiast nich wyprodukować sobie dobry humor na cały dzień, latając jak dzik po schodach w parku. Potem jednak każda godzina staje się czymś na wagę złota i trzeba zadać sobie dwa ważne pytania: co chcę zebrać za jakiś czas? A za tym: co więc powinnam w ciągu tej godziny zasiać?

Okazuje się, że ta zajawa też musi być kosztem czegoś. Wysilać się po to, by… móc się zmęczyć?! Nagle chce się zaśpiewać z Kazikiem „Nie mam potrzeby zbyt wiele wiedzieć…”. Bo z tą wiedzą na temat łańcuchów przyczynowo-skutkowych przychodzą wnioski, które niekoniecznie chciało się poznać.

Jeśli chcę zebrać za jakiś czas korzyści materialne, niestety nie pójdę na trening. Z tym nie jest łatwo się pogodzić. 

Jeżeli już idę na ten trening, to chyba nie po  to, by był odklepany?

Czy stać mnie, jako sportowego amatora, na życie godne dla sportowego organizmu, tzn. wyrzeczenia typu mało alkoholu, sporo snu, regeneracja?

Jeżeli ładuję w coś tyle siły, to chyba nie po to, by po prostu dobiec do mety?

Ale czy pakować siły, pieniądze i wreszcie torbę, by móc „tylko” nałykać się endorfin? Jak dużo w to inwestować?

Jak wysoko mogę postawić w moim życiu amatorski sport? Co z resztą mojego życia?

IMG_20160712_115643 

Pamiętam moment w czasie mojej przedtriathlonowej słabości, kiedy wbiłam się w strój startowy i bluzę Bydgoszcz Triathlon przed zajęciami. Stałam przed lustrem tak ubrana i pomyślałam: „Jak mam z tego zrezygnować? To moja tożsamość”. To słowo było jak cios w brzuch. Tożsamość. Nie szpilki, nie garsonki, już nawet nie te białe conversy i okazjonalne skakanie na rockowym koncercie. Moja tożsamość to sportowe gacie, które obciskają masywne uda, to buty, które zdzieram od środka, źle stawiając stopy, to łykanie świeżego powietrza i wyciszanie mózgu przy podniesionym tętnie. Mam to porzucić tylko dlatego że w natłoku innych obowiązków i zainteresowań już na zawsze pozostanę amatorem? Czy to właśnie nie te skoki tętna i pot na czole sprawiają, że mi nie odpierdala wszystko inne jest na swoim miejscu?

Mając nieuporządkowaną relację z samym sobą, trudno o dobre układy… zewnętrzne. Dotyczy to związków, pasji, dosłownie wszystkiego. Również tego sportowego, amatorskiego zacięcia. Czy jeśli kiedyś sport ratował mi samoocenę, a teraz już nie musi tego robić i już dawno nadrobiłam wstyd z podstawówki oznacza, że już go nie potrzebuję? Taa, jasne. Kiedy najlepiej wypoczywa mi się na wyjazdach biegowych, a wydatkowanie energii zwykle ładuje moje akumulatory. 

Jeszcze dwa miesiące czy miesiąc temu obiecywałam sobie, że odpuszczam. Że i tak się nie przygotowuję do startów, że jest mi dobrze tak, jak jest, że przynajmniej czuję się wypoczęta. Że chcę się wreszcie poświęcić innym sprawom, że nie jestem sportowcem, nie mam predyspozycji, że… 

A potem znowu obuchem w łeb.

Mam na imię Agata i jestem uzależniona. Jeśli już muszę coś ćpać, to chcę ćpać sport. 

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *