Udawać to można na fejsie

 

Śniadanie potreningowe. Dostaję ślinotoku na widok hummusa, szpinaku z marchwią i tuńczykiem i omleta. Mieszanka wybuchowa, ale kto by po porannym wycisku nie wciągnął takich pyszności?

Pałaszuję i słyszę:

– Wczoraj w kościele było spoko. Ksiądz mówił, że trzeba być sobą. Jan Chrzciciel mógł powiedzieć, że jest Mesjaszem, ale nie udawał nikogo.

Mielę, mielę i w końcu dociera do mnie:

– Ej. I to jest świetny temat na dzisiejszy dzień, na bloga.

^^^^

– Na bloga trzeba napisać.

– No. Ostatnio nie jesteś za bardzo instruktorska na nim, nie?

– Hm… Nie ukrywam, jak niezdrowo zjem.

– No właśnie, nikogo nie udajesz, to jest spoko.

^^^^

 

Dzisiaj Blog kończy pół roku.

Owszem, nie udaję. Budowanie wizerunku, choć pewnie niezwykle ważne w dzisiejszym świecie, na razie nie przesłania mi radości z tego, że blog się w końcu urodził i po pół roku nadal mam ochotę coś na nim napisać. Na fejsie można poudawać: pomijać niewygodne fakty, tworzyć iluzję życia bez spadku nastroju, kaca i wątpliwości o sensie życia, ale… po co to robić na blogu? Nie pomijam żywieniowych grzeszków, bo dbam o to, żeby ktoś, kto kiedyś spotka mnie na ulicy z czekoladą, nie powiedział: „Ty jesz czekoladę?!”, tylko… dał mi drugą.

Wolę powiedzieć, że przy latopie leżało ptasie mleczko, niż na siłę zamieszczać posty o niejedzeniu po 18:00 albo podsuwać „motywujące” zdjęcia kobiety, która po urodzeniu trojaczków schudła 50 kg. Wolę samej sobie dowalić, jak znowu zboczyłam z trasy, niż być kolejnym człowiekiem w internecie, który powieli oklepany temat pięciu posiłków dziennie, a dodatkowo kreował się na kogoś bez słabości. Wolę na głos powiedzieć na zajęciach, że muszę spalić zjedzone ciastko, niż zapewniać, że po godzinnym wycisku zjem tylko marchewkę. W końcu instruktorzy jedzą tylko marchewki… Chcę powiedzieć, że jak poświęcisz czas i energię to na pewno dotrzesz gdzie chcesz, ale dróg na skróty nie ma, jeśli w grę wchodzi lepsza forma.

Jeśli nie jest się czegoś pewnym, nie ma szans, by móc to dobrze przekazać. Nie poprowadzisz dobrych, pełnych zajęć, jeśli Twoje serce już dawno należy do stepu, a kurs na rower zrobiłeś ot, dla kolejnego papieru. Proste? Spójność, spójność!

Chyba każdy potrzebuje trochę czasu by zrozumieć, że nie warto się naginać dla kogokolwiek. Że bycie sobą to najlepsze, co można zrobić, bo „wszyscy inni są już zajęci”. Że najlepiej żyć z tymi, przy których można czuć się całkowicie swobodnie. Dla każdego co innego jest ważne w międzyludzkich relacjach. Jedni powiedzą, że zaufanie. Drudzy powiedzą ogólniej: że miłość, że zrozumienie. Ja powiem, że śmiech i swoboda. Bycie sobą w najprostszym tego słowa znaczeniu.

Na blogu ma być swobodnie. I też możesz się tu tak czuć. Dzięki, że wpadłeś w tym półroczu.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (3)

  1. Lubię Twój blog,bo… piszesz klarownie z nutą ironii,często autoironii unikając zarazem sarkazmu .Niezależnie jaki temat podejmiesz…wniosek z reguły taki że trzeeeba chcieć przełamywać własną słabość… czasem polec w walce… ale nawet smak porażki jest cenniejszy niż bezczynność…I tak filozoficznie ?!Co jest ważne Wolność i akceptacja-ot zdanie gościa z 2-krotonie większym stażem życiowym a więc i ilością błędów :)Ups! To Twój blog… bynajmniej nie chce wyjść na moralistę lub mentora.. ale skoro ma być swobodnie to ja taki kurde jestem :)

      1. Z tą swobodą to gorzej. Raczej pisałem żęm moralista :0 Maratonu nie zaliczyłem i chyba się ta sztuka nie uda…kiedyś zapalony biegacz..ech.. teraz na nowo się ruszać by ratować zdrowie.. ot cena za porzucenie całkiem zdrowej pasji i jeszcze jedno coś na ścianę-nie moje- z prądem rzeki płyną tylko zdechłe ryby „

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *