Wczoraj przeszedł mi najdłuższy foch w życiu

21 lutego 2017

 IMG_20160521_105003

Z ust czy palców instruktora pewnie brzmi to dziwnie, ale ośmielę się zawyrokować, od każdego nadmiaru można rzygnąć, a od sportu to już w ogóle, szczególnie jak tymi sportami są tabata i inne beztlenowe zabawy.

Taka to refleksja skłoniła mnie do przypomnienia sobie, że mam blog. No dobra, bardziej spowodowane jest to tym, że wczoraj przeszedł mi foch na sport.

Moje ostatnie pół roku to zbieranie psychicznych plonów z ostatnich kilku lat, kiedy wysiłku było aż za dużo. Jakże cieszy mnie fakt istnienia tego bloga, mojego miejsca do terapii wszelakich, podczas tworzenia którego można sobie wiele rzeczy uświadomić. Na przykład taką ciekawostkę, że od dłuższego czasu jakikolwiek trening kojarzył mi się z koszmarnym zmęczeniem (ciągle nie licząc IC, to jest inna bajka, a w zasadzie „inny bajk”) i nawet wygięcie się w pilatesie wydawał mi się wykraczać daleko poza moje możliwości.

Zespół w składzie Organizm, Głowa i wewnętrzne lenie, które leżały uśpione zebrał się do kupy i krzyknął, że dosyć i basta, my już ćwiczyć chcemy tylko w ramach IC. Do tego doskonałe samopoczucie psychiczne objawiające się euforią jak u ameby i tak oczom naszym ukazuje się przepis na formę typu cardio-klucha.

Po Bydgoszcz Triathlon nie zrobiłam już nic poza okazjonalnym wzmacnianiem i oczywiście regularną jazdą na rowerze, na którym za daleko nie dojadę. Naturalnie teraz, bogatsza i mądrzejsza o te pół roku, chętnie krzyknęłabym zgodnie z trendami panującymi wśród specjalistów w sieci, że nie idźcie tą drogą, ja już wszystko przeżyłam i teraz pokażę Wam, jak jest lepiej!!! Ale przecież najważniejsze jest, żeby samemu popełniać swoje błędy i zgodnie z własnym doświadczeniem stwierdzić, czy lepiej się żyje z regularnym treningiem, czy bez.

Ja już wiem, że życie ze sportem na odpierdol nie jest dla mnie satysfakcjonujące.

Nie wracam na hurra do biegania, nie postanawiam o siłce pięć razy w tygodniu, ale wczoraj zostały zrobione pierwsze kroki ku czemuś więcej niż tylko wytrzymałości pedalniczej, że tak niezgrabnie nazwę swoją kondycję. Pierwsze kroki prawdopodobnie będą ostatnimi w najbliższym czasie, gdyż od jutra spodziewam się mieć problemy z ruszaniem się… To co tam było dobre na zakwasy? Piwo?

Mam nadzieję, że Wy jesteście wzorem i marzeniem każdego instruktora (tzn. nie jedzeniem, którym można się zapchać po IC), rozstępy zostały wykurzone przez postępy, a bicepsy jak zawsze idealne do całowania. Jeśli przypadkiem nie, to nic nie szkodzi, jak widzicie, nawet instruktor może się obrazić na podniesione tętno. Zamiast podłamywania się zakurzoną formą, dajcie mi gdzieś po cichu znać, gdzie się odbywa walka, to się pomotywujemy wzajemnie.

Na koniec tego tekstu bez puenty (bo puenta się pokaże dopiero za kilka miesięcy) powiem Wam, że ktoś wszedł na blog wpisując w Google „ile spalam kalorii w 3 godziny indoor cycling”. Wiadomo, że nie było to pytanie do mnie, ale czuję się trochę zobowiązana odpowiedzieć i jednocześnie zawstydzona, bo jedyne, co mogę rzec, to: „Nie wiem, ale poszłabym po tym jeść”.

 

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter
  • Piwo? no pewnie, że dobre. Na zakwasy i na wszystko ;) Ej, była zima, nie miej pretensji do siebie;) też miałam lenia, a teraz wracam do (prawie) codziennej jogi i zobacz z jaką radością się to robi :)

    • No, racja. :) Nie trzeba do wszystkiego podchodzić tak śmiertelnie poważnie… Grunt, by radość czerpać z aktywności, obojętnie, czy się joguje, czy pedałuje. ;)

  • Marta

    Ja też czesto mam takiego focha, nie tylko sportowego. W zasadzie cale moje zycie to jeden wielki foch z okresami przejsciowego odfochowania. Czasami budze sie i mam nadzieje ze jest srodek nocy a tu jasno, dzwoni budzik który przypomina ze moze i dzisiaj w pracy wolne, ale trzeba wykorzystac ten czas i trening zrobic (dzisiaj? Nie no nie da rady). Po wlaczeniu 70 drzemek w koncu wstaję, ale tylko dlatego ze postanawiam jednak treningu nie robic bo chyba bola mnie miesnie, albo glowa, albo jedno i drugie. Zeby nie marnowac czasu wlaczam komputer zeby sie pouczyc. Po przejzeniu najnowszych wyprzedazy na zalando, ogarnieciu poczty i facebooka, nowych wpisow na blogach i aukcji na allegro w koncu otwieram jakies mądre notatki w pdf i stwierdzam ze jak zachwile nie popedałuje to chyba zaczne gryzc z niewyzycia. Biore wiec rower i jedziemy na trening. Pogoda dobra, wiatru brak (Ale jestem glupia ze wczesniej nie zaczelam, teraz znowu bede sie spieszyc bo tyle rzeczy czeka w domu do zrobienia). Czesto ze zlosci nawet zrobie jakis trening calkiem niezly i wracam do domu zmeczona. Wtedy przypominam sobie, ze przeciez mialam sie uczyc, przygotowac rzeczy do pracy i w ogole przeciez mialam miec dzis wolne od treningu bo rano tak postanowilam. Istny dzien swira.

    • Nie raz miałam zdarzał mi się taki stan, trochę bałaganu w ciągu dnia po prostu. ;) Zawsze pomagał mi kalendarz i zaplanowany dzień po dniu, prawie że godzina po godzinie. No i wyłączenie rozpraszaczy. ;) Niestety komputer nie jest pomocny w nauce, w Internecie można się szybko zgubić. Trening to zawsze super dodatek, choć chyba warto, by nie zajmował czasu akurat wtedy, kiedy naprawdę ważniejsze rzeczy wzywają.