Weryfikacja celów. Gdy start staje się nagrodą

21 września 2016

kalendarz

W sierpniu zeszłego roku byłam podjarana swoją w miarę ogarniętą na wszystkich frontach sytuacją do tego stopnia, że postanowiłam odświeżyć wszystkie swoje życiówki. Jakoś tak na dupie było lekko, głowa miała się dobrze, to co: Organizm zaatakuje rekordy w 2016! Jak nietrudno się domyślić, tutaj na wciśnięciu F5 się nie kończy, a oprócz wielkich ogłoszeń na blogu przydaje się również działanie.

Zamiast stwierdzać, że beznadziejnie mi poszło, postanowiłam wyciągnąć wnioski. Wnioski swoje, a nie te spisane na rozwojowych blogach, mówiące o celach mierzalnych, określonych w czasie i tak dalej. Coś w stylu spersonalizowanego rozwoju osobistego (ładne masło maślane, czyż nie?). Wyszła z tego jedna, za to tłusta nauka: nie dla mnie wyznaczanie sportowych celów na rok przed.

Żeby nie było, przez ostatnie lata myślałam inaczej i zawsze postanawiałam wszystko na długi czas przed deadlinem. Parłam do tego jak dzik; większość opierała się trenowaniu, które prowadziło wszędzie: do życiówek, do kursów, do doskonalenia się jako instruktor. Endorfinowa nagroda przychodziła już w czasie każdorazowego wyjścia na skracanie dystansu do celu, chemia w mózgu się zgadzała, chciało się działać dalej. Sprawa zmieniła się wtedy, kiedy trenowanie nie było już środkiem do celów. A jeśli było, to tylko do tych z dołu listy. Do których ledwo dobiega wzrok…

Przez rok może zdarzyć się wszystko: od kwestii losowych po zwyczajne widzimisię i zmianę gustu. Jak to adekwatnie powiedziała Magdalena K., „z biegiem czasu priorytety się zmieniają” – i ten bieg ma w moim przypadku znaczenie największe. Dezercja z zawodów w Pile pokazała mi, jak bardzo zmieniły się priorytety w moim życiu. Jak nie opłacało mi się męczyć Organizmu w słabym stylu. Smutne? Może trochę. Ale już od dawna wiem, że moja relacja ze sportem robi się coraz bardziej skomplikowana. Głowa jest jeszcze w jakimś starym świecie, spoconych przyzwyczajeniach, w tym dziwnym uzależnieniu. Ciało ma już jednak ma swoją prawdę, wyczytaną z tych wszystkich ozdobnych tabliczek z holenderkami: „Życie jest jak jazda na rowerze. By jechać, musisz trzymać równowagę”. Głos rozsądku dołącza akta do sprawy, zaznaczając, że teraz mamy robotę, której wysiłkiem fizycznym nie ogarniemy, tylko otwartą głową. A tej potrzeba się wysypiać.

Na pewno nie będę nic sportowego planować na rok do przodu, bo to zbyt życzeniowe myślenie. Zmienisz pracę, przebiegniesz maraton, nauczysz się języka – bardzo to dobre i na pewno wiele wnoszące cele, które jednak tylko życzeniami pozostaną, jeśli ich realizacji nie będzie towarzyszył plan rozpisany na trochę bardziej realny okres niż rok.

Są starty, do których potrzeba więcej niż kilka godzin cyclingu w tygodniu. Na takie starty trzeba sobie zasłużyć!

Podaj dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter