Zaczynam nową znajomość. Przed Wami: pierzga!

 

Do bycia eko wciaż mi daleko,

czasem otworzę od słoja wieko

i westchnę: o, dobroczynna pasieko…!

Yhm, przepraszam. Wracam do prozy.

Do bycia eko wciąż mi daleko, acz bliżej, niż za czasów jedzenia spaghetti na obiad i poprawiania tego lodami. W weekend pogłębiałam swoje ekologiczne wtajemniczenie i postanowiłam przesiąknąć nieco klimatem miodu, masła i nalewek domowej roboty. Tak jest: nie będę dzisiaj pisać o dokręcaniu wody, wyłączaniu ładowarek z kontaktów oraz dochodzeniu do tego, ilu z Was usłyszało w życiu pro-ekologiczną poradę: „gaś światło za dupą!”. Dziś pokażę Wam zdjęcia, od których ślina pocieknie nawet w taką temperaturę. I przedstawię swoją nową przyjaciółkę.

Miasto moje kochane (które w świadomości wielu jest rodzaju męskiego a nie żeńskiego) zapewniało ekologiczne atrakcje przez trzy dni. Pierwsze dwa upłynęły pod znakiem jamarku Ekolandia, ostatni – Frymarku, który regularnie pojawia się na mapie bydgoskich wydarzeń.

Umówmy się, że kiedy odczuwalna temperatura wynosi 50 stopni i stojąc rano przed szafą zastanawiasz się, jak nałożyć na siebie jak najmniej odzienia, aby  czuć się świeżo i jednocześnie nie straszyć ludzi, jedzenie nie jest tym, o czym marzysz przez cały dzień. No, chyba że podchodzisz do stoiska i widzisz coś takiego…

 DSC08297

Albo coś takiego…:

DSC08300

Ewentualnie to (wegetarianie zamykają oczy):

DSC08275

Poza tym: tarta z cukinią, szarlotka, wegańskie pierogi… Cóż, jeśli ktoś chciałby mi kiedyś zrobić prezent, nie musi kupować tomahawka. Może nawet zrezygnować z zaopatrywania mnie w pistacje. Proszę jedynie o talon na całodniową degustację takich wytworów. Z jednym zastrzeżeniem: stoły muszą się zapełniać równie szybko jak podczas kolacji w Wielkiej Sali.

Hitem  dnia jest pierzga,  która oczarowała mnie najpierw samą nazwą (czyż nie jest to słowo genialne w swoich odmianach?), a potem tym, co o niej usłyszałam.  Wszystko było na tyle przekonywające, że dokonałam szybkich przeliczeń. Okazało się, że na duży słoik muszę pedałować dłużej niż godzinę, co jeszcze bardziej podniosło w mojej głowie wartość żółtej gęściny i dzięki temu na pewno zacznie działać na mnie o wiele szybciej niż na pozostałych śmiertelników, którzy zdecydowali się na przygodę z nią.

Pierzga to naturalny pyłek kwiatowy, który jest wzbogacony w ulu przez pszczoły i złożony w komórkach plastra, a potem poddany procesowi dojrzewania. Sam proces powstawania nie jest jednak dla nas tak interesujący jak to, jak pierzga może namieszać w życiu. Przede wszystkim podkreśla się jej właściwości oczyszczające… Najbliższe dni mogą zatem być ciekawe, albowiem sprzedawca zapowiedział, że niektórzy dla własnego dobra powinni pierwszy dzień jej stosowania spędzić w domu. Tak sprytnie ten wytwór pomaga organizmowi pozbyć się tego, czego nie potrzebuje. A potem, po oczyszczeniu, pierzga dalej wierzga i bierze się za narząd, który działa najsłabiej. Czary? Ja tam takie czary lubię – na pewno bardziej niż te, które proponują farmaceuci. Jeśli coś wyczaruje z moim Organizmem, na pewno Wam o tym powiemy i będziemy polecać. Wiele się spodziewam, a szereg witamin, mikro- i makroelementów oraz enzymów, które zawiera, sprawiają, że jeszcze bardziej przychylnie patrzę na to miodopodobne cudo.

Ponadto, sprzedawca powiedział: „Podczas zażywania trzeba słuchać organizmu!” – co ostatecznie przekonało mnie do tego, by zapłacić za słoik. W końcu ktoś ogarnia, że z Organizmem trzeba być w stałym kontakcie!

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *