2017. Jedyny komentarz, na jaki mnie stać

 

 

Za każdym razem, kiedy po dłuższym czasie niepisania zjawiam się na blogu, czuję się trochę jak niezapowiedziany gość. Teoretycznie towarzyszy mi nuta ekscytacji, ale przeważa pewne zakłopotanie i myśl, że na pewno pojawiłam się nie w porę. W końcu kiedyś takie wizyty, czynione znienacka, były czymś naturalnym. Teraz raczej prosi się o odwiedziny, upewnia trzy razy, czy można wpaść, a na parę minut przed należy napisać, że gospodarz może spodziewać się pukania do drzwi…

Pamiętam jednak, że przyszłam do siebie, więc pieprzyć te konwenanse, nawet nie zdejmę butów. Chciałam sobie zrobić prezent, skoro wszystkie inne zostały już rozdane pod krzywym drzewkiem z Castoramy. W ramach prezentu chciałabym napisać o roku, który za chwilę prawdopodobnie odejdzie w zapomnienie. Był okamgnieniem; chwycił w styczniu moją dość dobrą, nie taką znowu zużytą wersję, i odstawił w grudniu w to samo miejsce, pomiętoloną i wyplutą.

Mam wrażenie, że wszystko się zmieniło; w wyniku różnych doświadczeń czuję, że jestem człowiekiem nie przystającym zbytnio do tego, co tu zostawiałam tutaj w ubiegłych latach. Nie jestem przesiąknięta sportem, nie jestem zakręconym na punkcie rozwoju instruktorem IC, nie jestem…

Nie wiem, jak Ty, ale ja po tym roku to nie za bardzo wiem, kim jestem, a kim nie.

Odtrącają mnie internetowi i telewizyjni bohaterowie, którzy mówią wszystkim, jak mają żyć. Zaskakuje podatność na wpływy tych, którzy są tego odbiorcami. Dlatego nie chcę być nadawcą takich pseudo-rad, ale jeśli mam pozwolenie na jeszcze jedną poradę przebraną za spostrzeżenie, zapodam sentencję doskonale wpisującą się w tematykę bloga:

Życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę, musisz poruszać się naprzód

Sprawdziłam na sobie, że prawdą jest również wersja odwrócona: żeby poruszać się naprzód, musisz utrzymać równowagę.

Ja to spektakularnie schrzaniłam w tym roku, a „równowaga” to ostatnie słowo, jakim określiłabym minione dwanaście miesięcy. Dobrze, że częściej jeżdżę na rowerze stacjonarnym niż klasycznym, bo inaczej, z takim balansem, pewnie miałabym już twarz w błotnej maseczce. Przyjmijmy pokornie, że wspomniane pomiętolenie to często decyzja samego zainteresowanego, albo jego długie przystosowywanie się do nowych warunków panujących na drodze, więc tak: moja bardzo wielka wina. Od początku roku sianie było tak marne, że w grudniu z przykrością muszę stwierdzić, iż nie mam czego zbierać – albo jeszcze tego nie widzę. Jeśli mam coś w zasięgu wzroku, to tylko efekty własnych zaniedbań. Stresy, zwątpienia, brak pielęgnowania pasji nie dają zbyt obfitych plonów. Na dokładkę mam na półce zaproszenie na szereg badań lekarskich; ktoś tu chyba ma potężną lekcję do odrobienia. Dodatkowym zadaniem domowym powinno być ćwiczenie dostrzegania pozytywnych stron; prawdopodobnie po pierwszym treningu będę miała „zakwasy”.

Nie piszę tego po to, by się żalić. Robię to, by przykryć zwyczajnością choć jeden cukierkowy tekst o pasjach i rozwoju, który ostatnio przeczytałeś i sprałeś sobie głowę. Może nawet jakiś z początków tego bloga. Chcę dać znać, że czasem noga – albo obie – mogą się powinąć na naprawdę długi czas i o utrzymaniu kadencji nawet się nie myśli. Ale to naprawdę nie oznacza, że od teraz już zawsze melisa przepijana kawą, Radiohead za karę w głośnikach i punkowe No future w głowie. Zawsze można wstać. No, chyba że nie ma się obciążenia… to już przedyskutujemy na zajęciach.

Cieszę się, że w tym wirtualnym świecie wszędobylskiego poradnictwa jest coraz więcej głosów mówiących o tym, że trzeba odpuścić. Że można to zrobić, że czasem należy. Że wielu osobom zdarza się koncentrować na tym, co złe i przykre, a nie dostrzegać jasnych stron, o których docenianiu tyle się mówi. Że czucie się źle to żaden wstyd, wstydem nie jest też stanie w miejscu przez jakiś czas. Może i będziesz przeć do tak zwanego sukcesu za rok, ale teraz masz chęć żyć w lesie bez telefonu i rozpisywać plan naprawczy. I to też jest w porządku, świetne jest to, że chcesz naprawiać.

Oczywiście możesz też być mądrzejszy i nie wpędzić się w kierat, który sprawi, że będziesz chciał do tego lasu spierdalać. Gorąco wierzę, że każdy to czytający miał w sobie w tym roku więcej optymizmu niż ja i że równowaga nie leżała tylko w strefie marzeń. Natomiast jeśli bliżej Ci było do mnie podczas ostatnich miesięcy, wiedz, że właśnie nadszedł ten czas, kiedy spinamy nasze rowerowe tyłki i będziemy powoli dokręcać. I odkręcać co trzeba, bo wolimy balans, niż balast.

Mamy sporo do przejechania, do przeżycia. Skorzystamy z tego. Póki możemy.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarz “2017. Jedyny komentarz, na jaki mnie stać”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *