A Tobie co się w życiu udało?

W momencie kiedy przejmuje się kontrolę nad własnym życiem (innymi słowy: przestaje szukać wymówek i roztkliwiać się nad sobą), dostaje się z reguły obuchem w łeb. A w zasadzie dwoma. Pierwszy jest obuszek pozytywny. Poczucie posiadania wszystkiego w swoich rękach to chyba jeden z najlepszych stanów w życiu człowieka i daje niesamowicie dużo mocy. Drugi obuch to już konkret. Wedle zasady, że przeciwieństwa się przyciągają, obok sukcesu, który osiągniesz, zaczną się kręcić ludzie, którzy… Pół biedy, jeśli skrytykują, będą ironizować, umniejszać to, do czego doszedłeś. Oni chociaż jasno powiedzą, co myślą. Najgorsze są ofiary swojego nieudanego życia, które mają specyficzny sposób „gratulowania” – mój ulubiony. Informują:

„Ale ci się udało!” vel „Ty to masz szczęście/farta”.

Noż kurwa mać. Chwileczkę.

 Urodzenie w czepku to stan umysłu. Jak wszystko. „Szczęście” to w tym przypadku często łapanie okazji, a przede wszystkim nieustanne wychodzenie ze strefy komfortu, czyli robienie tego, czego przeciętny zjadacz chleba się boi – zrobienia pierwszego kroku, a potem następnego i następnego. Okoliczności z reguły sprzyjają dobrze nastawionemu człowiekowi. Znasz ludzi, którzy mówią, że praca sama do nich przyszła? Ja też. Sama siebie za taką uważam. Do dziś śmieję się do wspomnienia, jak płaczę w Bieszczadach, bo właśnie dostałam wiadomość, że będę mieć wymarzoną fuchę. Przed człowiekiem, który coś robi, zawsze objawiają się różne drogi i szanse. Pod warunkiem, że coś robi. Nie jest lekko i trzeba czasem wiele poświęcić.

Nie ma czegoś takiego jak wrodzone szczęście. Widać to doskonale po ludziach, którzy wychowywali się w patologii, a teraz osiągają sukcesy. Widać to po tych, którzy jeszcze niedawno nie mogli sobie pozwolić na nic, a teraz wczasują się w najlepsze. Bo zapracowali. Jestem skłonna stwierdzić, że nawet, jak ktoś wygrał milion na loterii, to też na to zapracował. Swoją głową.

Dla kogoś, kto przebrnął przez choćby jeden rozwojowo-bełkotowy poradnik jasne jest też, że przesadna skromność nie jest wskazana, więc… nie bój się mówić, że zapracowałeś na swój mały czy większy sukces! Nie mów, że Ci się udało. Sam wiesz, ile to kosztowało wyrzeczeń. „Zrobiłem to” jest w takim przypadku bardziej adekwatne.

Za „fartem” i „udało mu się” stoi samodyscyplina. Ona doprowadzi każdego do punktu, w którym może w końcu chwilę odpocząć. W którym będzie widział ludzi kwitujących jego sukces tymi najbardziej banalnymi gratulacjami. To, co widoczne na fejsbuku: awans, meta, zdobycie pracy, szcześciopak, wycieczka to nie efekt  pomyślnego układu planet i korzystnego, albo co najmniej obojętnego, biometu. To zwieńczenie siły i pracy.

Chociaż kaloryfer na brzuchu mógł się wziąć z innego miejsca niż mocna głowa. Z fotoszopa.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

  1. Odkryłem pewną zależność. Tzn kilka. Ale jedną napiszę: za każdym razem jak jesteś w górach i potrzebujesz konkretnego zajęcia to po powrocie masz pracę, którą chciałaś mieć ; )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *