Biegnij Warszawo! Czyli bieg idealny

 

Przebierając nogami na warszawskich ulicach cieszyłam się wczoraj, że jest sobie blog. Kiedy endorfiny już totalnie opanowały mój mózg, dużo radości sprawiła mi myśl, że będę miała gdzie zostawić najlepszą, choć nieżyciową, dychę życia. I że znowu będę rzygać tęczą na blogu. Co zrobisz – nic nie zrobisz. Jakie życie, taki blog!

Bieganie miało być dla mnie tylko urozmaiceniem wyjazdu. Było na drugim planie, ale ostatecznie oczywiście znowu grało pierwsze skrzypce i stało się doskonałym tłem dla pozostałych aspektów wyjazdowych. Co jest w tym cholernym bieganiu, że tak wiele potrafi zmienić, przyćmić, naprawić?

Biegnij Warszawo. Po kilku standardowych myślach: jechać gdzieś biegać, płacić za to, jak można ubrać buty i iść do lasu… uiszczona została opłata 89 zł za 10 km. Bosz, 8.9 zł za kilometr!?


Dziś mogę powiedzieć: zapłaciłabym i 200 zł


Wiesz, jak powinien wyglądać idealny bieg? Ja do wczoraj nie wiedziałam, chyba nigdy dotąd tego nie poczułam. Oczywiście miałam w głowie jakieś scenariusze: podczas idealnego zasuwania po asfalcie mam na sobie wygodne buty, towarzyszy mi świetna pogoda, fryzurę również mam idealnie rozwianą nawet do ósmego kilometra, endorfiny pojawiają się po trzech tysiącach metrów, zero kryzysu i ciągle prosto albo z górki. Reasumując: coś nie do osiągnięcia. Doprawdy?

Pisałam już, co sądzę o relacjach z biegów na blogach, więc oszczędzę sprawozdania, jak na siódmym odbiło mi się czekoladą i jak mocno spociła mi się pacha (ej, prawie wcale!). Nie powiem też, co jadłam wieczorem przed startem, bo to niebiegowe i nieinstruktorskie (budowanie wizerunku i te sprawy), a informację o tym, kiedy ostatnio biegłam dwucyfrowy dystans, pozostawię tylko do wiadomości kolegów z endomondo. Poważnie, nic nie tracisz.

Innymi słowy: wiele wskazywało na to, że po biegu będę sobie musiała rozjaśniać rzeczywistość tłumaczeniem: „e, to tylko rekreacyjnie było”, „wiedziałam, że nie pobiegnę dobrze i wcale nie planowałam życiówki”, „nie no, za ciepło/za zimno było”.

Po biegu okazało się, że niczego nie trzeba koloryzować. Mój pierwszy warszawski bieg był piękny w każdym calu.

unnamed

Największy suchar biegu? „A tu ja, w żółtej koszulce”


Najmilsze zdziwienia na Biegnij Warszawo 2014


 

1. Przestrzeń. Kiedy biegnie 11 tysięcy ludzi, musi być tłoczno. Nie widziałam innej możliwości i zaczęłam sobie przypominać, jak się robiło piwoty z piłką pod brodą, trzymając łokcie szeroko. Nawet, jeśli świetnie podzielono zawodników na strefy czasowe, musi być ścisk! (Dygresja: to uczucie, kiedy całe życie biegowe ciśniesz wszystkim, że ustawiają się w złych strefach, a potem robisz to samo przez nieuwagę… Co ciekawe, chyba nie tylko ja stanęłam w nieodpowiedniej dla swojego tempa strefie, skoro całą drogę wyprzedzałam). Otóż na Biegnij Warszawo było tłoczno może na początku. Potem już swobodnie można było większym lub mniejszym slalomem pruć przed siebie.

2. Koszulka startowa. Bluzki z pakietów startowych to temat na oddzielną notkę. Spodziewałam się, że żarówiasta eLka znowu przyprawi mnie o kompleksy. Otóż nie. Wszystko się pomieściło. Z tego miejsca chciałabym przeprosić współtowarzyszy za moje marudzenie jeszcze zanim koszulka znalazła się w moich rękach.

3. Pogoda. No nawet to warszawiacy załatwili. Słońce grzeje w twarz, ale nie czuje się tego, wiatr wszystko równoważy, przewiewny strój, wygodne buty…

4. Odpowiedni utwór w odpowiednim czasie. No i znowu potańczyłam.

5. Cały czas prosto albo z górki. Trasa idealna. Kto nie zapierdziela z Kenijczykami, może nawet pozwiedzać. Podbieg był jeden. Kiedy zobaczyłam, jak podjeżdża pod górę zawodnik na wózku inwalidzkim, to wiedziałam, że nie mam prawa narzekać na zmęczenie.

6. Którego zresztą nie było. Ani jednego kryzysu. Na świeżości ukończyłam przebieżkę. Cały czas towarzyszyła mi świadomość, że mam jeszcze zapas sił, że to tylko dyszka, można chyba nawet mówić o małym niedosycie. Chyba pierwszy raz w życiu dobiegłam do mety z tyloma ludźmi jednocześnie – to najlepiej pokazuje duże zainteresowanie biegowych świrów tym wydarzeniem.

No i ta myśl, że są inne biegi w Warszawie jeszcze. Dłuższe. W kwietniu. Ale przecież już powiedziałam, że rok temu w Poznaniu to był pierwszy i ostatni raz…

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (8)

  1. „No i ta myśl, że są inne biegi w Warszawie jeszcze. Dłuższe. W kwietniu.
    Ale przecież już powiedziałam, że rok temu w Poznaniu to był pierwszy i
    ostatni raz…” – akapit z cyklu: nie do końca wierzę, w to co piszę. Próbuję sobie tłumaczyć, że już nie pobiegnę maratonu, ale i tak ta cząstka, która teraz iskrzy i mówi mi, że mogę poprawić życiówkę zapłonie we mnie i zrobię to! ; )

    1. Dziękuję, Przemek – cieszę się, że choć trochę udało mi się przekazać dobrych emocji. ;) Szkoda, że ta faza to już przeszłość, chociaż widzę na dirtymind, że zdrowe nawyki in progress, to może jeszcze wskoczysz w buty sportowe!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *