Co się może stać najgorszego?

 

Co, jeśli poznałbyś jeden skuteczny sposób na pokonanie strachu?
Co, jeśli wszystko jest w zasięgu Twoich rąk?
Jeśli już dziś możesz odmienić swoje życie?

Heh. Czytanie rozwojowych książek w liceum zrobiło swoje. Mogę pisać wstępy do poradników wkręcających ludziom, że można być bogatym i przez wszystkich lubianym, trenującym wyczynowo i niezmęczonym, a do tego na diecie i najedzonym.

Ale z tym pierwszym to poważnie było, więc pytam jeszcze raz.

Co, jeśli poznałbyś jeden skuteczny sposób na pokonanie strachu?

Strach jest naturalny i cenny, ale jak pewnie wiecie, bywa paraliżujący. Dobra wiadomość jest taka, że można go okiełznać. Od kilku lat stosuję z powodzeniem jeden sposób, który zdaje się, że podsunął mi Michał Pasterski. Dzisiaj jest czternasty kwietnia: idealny dzień, by podać to dalej! Pozwólcie, że na przykładach. Chyba wolimy praktykę niż teorię, hm?

^^^

To była spontaniczna decyzja. Lecę tam! Obcy kraj i nieznane, duże miasto. Im bliżej godziny wyjazdu na lotnisko, tym mniej kolorowo wokół. Pamiętam tę panikę w noc przed wylotem. To mówienie do siebie: Jesteś odważna, Mucha. Jesteś odważna! Ścisk w żołądku, milion myśli, jakiś koszmar mi się przyśnił.

Wtem spod łóżka wypełz biały uśmiechnięty Duszek i zapytał:

Co się może stać najgorszego?

– Drogi Duszku, pojadę tam i okaże się, że ta praca to ściema. Stracę wszystkie pieniądze, które zainwestowałam w wyjazd. Będzie mi bardzo żal – odparłam.

– I to wszystko – wzruszył ramionami Duszek.

^^^

Bosz, umrę zaraz z niepokoju. Co za stres. Za chwilę na tych rowerach usiądzie ponad sto osób. Występ przed tyloma osobami! Przed całym miastem! I po co ja tam… zabierzcie mnie stąd. Za mały staż instruktorski mam! Jeszcze nie jestem gotowa!

Co się może stać najgorszego? Niech no pomyślę… Wypadnę z rytmu, pomylę technikę, źle odliczę. Wszyscy mnie obgadają, klub mi podziękuje za współpracę, moja instruktorska ścieżka skończy się, nim się zaczęła.

– No, już. I nic więcej.

^^^

Od pięciu minut bezmyślnie gapię się w okno. Nie, to wcale nie są motylki w brzuchu. Nie, wcale się nie śmieję na myśl o wczorajszym wieczorze. Dziewczyno, nie ma co się zakochiwać, bo się człowiek zaangażuje, przyzwyczai, a potem rozczaruje… A może jednak mogę? Tak na chwilę chociaż? Mózg negocjuje, bo myśli, że jeszcze ma szanse. Że może decydować.

Co się może stać najgorszego? Przeżyję kilka miłych chwil, po czym upadnę na pysk i będę żałować, że już po wszystkim, że się nie udało. Tak jak przypuszczałam: człowiek się zaangażuje, przyzwyczai i rozczaruje. I będę z kotem mieszkać do końca życia.

– I co, to jest to najgorsze? Lubisz swojego kota.

^^^

Sobie wymyśliłaś triathlon! Tyle się angażować po to, żeby prawie umrzeć z emocji przed wejściem do wody? Teraz to już za późno, hajs wpłacony, nie wycofasz go. Nawet nie myśl o rezygnacji, bo siara. Pozostają tylko obawy albo… powrót do sprawdzonego sposobu.

Co się może stać najgorszego? Hm. Najwyżej będę ostatnia. Kopa dostanę w brzuch podczas pływania, albo w trakcie pedałowania pęknie dętka, opcjonalnie skręcę nogę na bieganiu, lub w ogóle odetnie mi prąd i finał imprezy nastąpi o godzinę za szybko.

– I to wszystko?

 

^^^

Kiedy bardzo boję się podjąć jakieś działanie, odpowiadam sobie na krótkie pytanie i spokojnie przyjmuję wszystkie scenariusze, które serwuje mi głowa. Te najbardziej irracjonalne również. Przygotowuję się na niekorzystny tok zdarzeń, bez zbędnych dyskusji akceptuję wyimaginowaną porażkę. Sprawdzam, co tak naprawdę jest do stracenia. Pieniądze? Czas? Bliscy ludzie? Opinia? Przy okazji chwytam wszystkie emocje, jakie podsuwa mi to wyobrażenie.

Po czym nie uciekam, ale robię. Wyjeżdżam, wchodzę na scenę, daję się złapać za rękę. I robię nura do wody.

Co to daje? Po pierwsze, zwykle od razu mogę wychwycić hiperbolizacje, które tworzy mózg, by mnie odwieść od jakiegoś zamiaru i już wtedy czuję się lepiej, bo wiem, jakie te obawy są nielogiczne. W ten sposób przejmuję choć w nieznacznej części kontrolę nad głową.

A po drugie… już raz przeżyłam najgorszy scenariusz, wyobrażając go sobie. Pierwszy raz jest najtrudniejszy. I zwykle to raz jedyny, bo potem okazuje się, że każde ryzyko się opłacało. I zyskuję.

To czego się obawiasz? I co może stać się najgorszego? Duszek już czeka.

Źródło zdjęcia: klik

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (4)

  1. Ja to zawsze pytam siebie czy zginę czy raczej przetrwam. Zwykle okazuje się to drugie i strachu nie ma, a pozostaje zajebista adrenalina i wspaniałe uczucie po wykonaniu czegoś.

    Jestem ciekawa, jak sobie odpowiem na to pytanie przed skokiem ze spadochronem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *