Cztery instruktorskie zboczenia. Dodaj piąte!

 

Sam detektyw Monk nie powstydziłby się niektórych ze zboczeń, które towarzyszą instruktorom. Nie są one groźne: pół bidona wody z BCAA i trzy listki ręcznika papierowego do wycierania czoła obowiązkowo na każde zajęcia – bo inaczej nie mają prawa się udać – raczej nikogo nie krzywdzi. Instruktorskie skrzywienia bywają nawet nieuświadomione, a  jako materiał na bloga… są idealne.

Co tkwi w głowach tych uśmiechniętych i umięśnionych trenerów, pod wpływem których potraficie zlać się z parkietem w jedną całość?


MUZYKA


Słyszenie jej i „rozumienie” jest podstawą tego, by co najmniej poprawnie prowadzić zajęcia. Jednym przychodzi to łatwiej i już od razu wyłapują co bardziej apetyczne, tłuste duże jedynki. Dla innych ogarnięcie budowy utworu oznacza poświęcenie na kilka dni życia osobistego na rzecz odliczania kolejnych ósemek. W końcu wszyscy, niezależnie od stopnia zaawansowania, toną w jednym zboczeniu.

Idziesz na imprezę, a tu utwór, do którego jeszcze przed chwilą się wspinałeś na rowerze. Za chwilę inna piosenka – jeszcze jej nie znasz, ale już wiesz, że przed chwilą usłyszałeś most i jak o nim zapomnisz w trakcie zajęć, to pozostanie Ci nadzieja, że nikt tego nie zauważył. Później jedziesz samochodem i jako że taksówkarz nie nadaje na Twoich falach, analizujesz sobie utwór, ciesząc się na każdy mocniejszy bit. W ekstremalnych przypadkach każesz fryzjerce przestać suszyć Ci głowę, bo akurat w radiu leci kawałek, który uważasz za potencjalnie zajebisty zajęciowo (przypadek prawdziwy).

No, przecież to całkiem normalne.

Uwaga! Zboczenie to dotyka nie tylko instruktorów. Osoby pojawiające się kilka razy w tygodniu na zajęciach w końcu też meldują: „Jaką piosenkę słyszałem ostatnio w radiu! Pomyślałem, że nadałaby się do jeżdżenia”.


TECHNIKA


Instruktorzy są świetni w spowiadaniu się. Szczególnie dobrze wychodzi im „mocne postanowienie poprawy”.

Ach, nie poprawy! Poprawiania. Wszystkich wokoło.

Informowanie świata o jego niedociągnięciach to stały punkt instruktorskiego życia. Na zajęciach robi się to kulturalnie i przyjemnym tonem. Ćwicząc pod okiem trenera prawdopodobnie nie usłyszysz, że masz się nie garbić, tylko, żebyś trzymał proste plecy. „Dawaj, dawaj!”, a nie „Nie opieprzaj się!”. Tutaj cukierkowość się kończy: poza salą fitness wszystko się zmienia. Nieobce instruktorom jest siadanie przed jutubem i poprawianie najbardziej sławnych/kolorowych trenerów. Tu krzywo ręka, tam niepełen zakres ruchu, gdzie indziej kolana za linią palców. Naciskaniu krzyżyka w prawym górnym rogu towarzyszy uczucie, że na świecie panuje deficyt profesjonalizmu i prostych pleców podczas ćwiczeń.

Jako instruktora rowerowego takie rzeczy mnie omijają, co nie oznacza, że moje życie jest spokojniejsze. Bo oto nadeszła wiosna, a wraz z nią połowa Bydgoszczy wyprysła na rowery. A ile Stefanów jeździ z siodełkami za nisko… Po pięciu przestaję liczyć. Serce mnie boli i ich skrzypiące kolana doskwierają również mi… Mam chęć ich informować, pomagać, ratować…!

Chęci mijają zaraz po tym, jak przejeżdżają przez przejście dla pieszych, choć powinni ten rower przeprowadzić.


KIBICA PRAKTYKA


Z tego powodu ograniczam wypady za zorganizowane biegi, w których nie biorę udziału, do minimum. Przecież tam można się wykończyć. Nie, że kibicuję swojemu, że spokojnie oklaskuję resztę. Drę się do wszystkich. Wszyscy potrzebują dopingu, ja ich wszystkich poprowadzę, ze mną dadzą radę do końca! W końcu łapię się na tym, że wykrzykuję te same teksty, co na zajęciach, czym chyba nie ma co się chwalić, bo wyjdzie na to, że mój zasób słów jest nieco ograniczony.


DIETETYKA


Wielu instruktorów jest z dietetyką na ty i dzielą zboczenia ze specjalistami w tej dziedzinie. Oprócz tego, że sami przygotowują paszę w pojemniczkach na cały dzień poza domem, to jeszcze doradzają innym, jak jeść, by ci nie musieli pytać o to, jak żyć (wszak wiadomo, że jak się dobrze je, to i żyje jakoś lepiej). Dietetyczno-sportowa wiedza przyczynia się do komentarzy rzucanych w myślach lub pod nosem na widok kogoś, kto w 70% składa się z tłuszczu i w dłoni dzierży big maka, którego zaraz z apetytem pochłonie. Instruktor z dietetycznym spaczeniem widzi oczyma wyobraźni zatkane tętnice delikwenta, choroby serca, zadyszkę po wejściu na pierwsze piętro i plan treningowo-żywieniowy, który w ciągu pięciu minut napisał dla niego w głowie.

 Cóż. Potwierdziło się, że faktycznie jesteśmy ludźmi.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *