Dieta kopenhaska? Puknij się w głowę

 

Każdy, kto kiedykolwiek zaczynał dzień od rytualnego stwierdzenia „Jestem klopsem!” i wkładania na siebie worków zamiast dopasowanej odzieży, na pewno miał też styczność z rewelacyjną dietą, która odmieniła kilka dni wielu ludzi na całym świecie. Kto mądrzejszy, wytrwał dni trzy, a nie kilkanaście zalecanych i z jękiem ulgi rzucił się na proste węglowodany. Na tego, kto przetrwał dwa tygodnie, Organizm był obrażony przez następnych dziesięć. Mój jest obrażony do dzisiaj, ale udaje mi się Go udobruchać pistacjami.

Pisząc to, mam cichą nadzieję, że zanim któreś z Was, chcąc na dwa tygodnie oddać się na wyłączność sałacie i kurczakowi, trafi na ten tekst. Chociaż jesteśmy coraz bardziej świadomym społeczeństwem i powoli zdajemy sobie sprawę z tego, że posiłki o łącznej kaloryczności 600 kcal dziennie nie mogą pomóc nam się odchudzić, to wciąż zdarza się, że ktoś porywa się na wykańczanie swojego organizmu tylko dlatego że impreza za dwa tygodnie i trzeba wejść w rozmiar mniejszy kubraczek.

Tak, wykańczanie, bo o odchudzaniu tu mowy nie ma. Historie o zgubieniu przez kogoś dwudziestu kilogramów  można włożyć między bajki. Owszem, może i ktoś stracił tyle, ale wróciło to do niego natychmiast z nawiązką, kiedy tylko wygłodniały sięgnął po czternastu dniach po bochenek chleba, by go spożyć w ciągu trwania jednej reklamy linei 20+. U mnie był to akurat chleb z pastą rybną domowej roboty i jego smak będę pamiętać do dziś.

Co mnie spotkało przedtem? Klasyk. Pierwszego dnia diety, nagrzana poranną kawą z cukrem (!) poszłam biegać i osiągnęłam całkiem dobry rezultat. Przez pierwsze trzy dni udało się wepchnąć w siebie pierś z kurczaka i liść sałaty, a do tego nawet pójść na trening koszykówki. Chociaż każdego dnia ważyłam coraz mniej, drugi tydzień był już tylko odmierzaniem godzin, minut i sekund do następnego posiłku, a ostatecznie również wsłuchiwaniem się w coraz wolniejsze bicie serca przed snem. Jak widać, przejście na taką dietę świadczy o rozwinięciu mózgu na poziomie ameby. Na szczęście wraz z powrotem na radosną ścieżkę kilku posiłków dziennie, zanotowałam wzrost szarych komórek.

Czy warto oddawać dwa tygodnie życia głupiemu postanowieniu, wartemu co najwyżej pięć kilogramów, z którymi i tak trzeba będzie się zmierzyć w jo-jo? Liczę, że każdy potrafi odpowiedzieć sobie na to pytanie sam i lubi siebie na tyle, by nie musieć krzywdzić się jednym z najbardziej głupich odchudzających zachowań, jakie wymyślono.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *