Dzień Kota. Szisza

 

Nie zakładałam, że będę Cię kochać. Największa miłość do zwierzęcia odeszła rok wcześniej wraz z osiwiałymi faflami. Żartowałam, że to już ten wiek: czas na bycie tak zwaną starą panną i do kompletu brakowało kota.

Domniemane staropanieństwo skończyło się kilkanaście godzin po tym, kiedy przywiozłam Ciebie, drącą się w niebogłosy, ze schroniskowego boksa do nowego domu. Tuż po Twojej wielkiej podróży pojechałam we własną i poznałam Tego, który teraz naciska na nazywanie Cię „naszym kotem”. Jakby co, pamiętaj – papiery adopcyjne są na mnie. Liczy się też średnia sprzątania kuwety!

Leżysz i kłaczysz kolejną torbę, a jeszcze niedawno bawiłaś się biletem MZK. Byłaś mniejsza od buta i plątałaś się we włosy, najchętniej w kręcone. Teraz masz już za ciężki tyłek, by ułożyć się do snu na moim ramieniu, ale wciąż wystarczająco lekki do pionowego skakania na widok robaka.

Zrobiliśmy raban na całe osiedle, myśląc, że zaginęłaś, a Ty w najlepsze spałaś. W kanapie, zamiast na kanapie – co kocią wysokość obchodzą przyimki… To był pierwszy znak, że w tym związku to ja będę trollowana. Choć Ciebie też podpuszczamy, mówiąc, że nigdy nie zdobędziesz świata; szczególnie, kiedy wpychasz ogon za oparcie kanapy.

Szybko pogodziłam się, że średnio mi idzie z wychowaniem i ktoś z góry musiał to przewidzieć, stawiając na mojej drodze taki bezproblemowy egzemplarz. Jeśli wyłączyć fochy, polowanie na kostki i… niechodzenie własną drogą. Miałaś łazić własną drogą jak wszyscy z Twojego gatunku, gardzić ludzkim towarzystwem, a Ty wybierasz moje ścieżki – nawet do łazienki.

Jestem zadeklarowaną psiarą. Po prawie pięciu latach, odkąd zebrałam pierwszego zgubionego wibrysa, wciąż niespecjalnie przepadam za kotami.

Ale Ty jesteś spoko.

 

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *