Dziesięć lat od matury. O okolicznościach

 

Ekspresję i poziom energii życiowej w ostatni piątek miałam takie, że niejeden by stwierdził, iż nadeszły te magiczne dni w miesiącu… Niestety, gorzej: to obniżona podaż węglowodanów. I w taki dzień mnie olśniło, że 10 lat temu, w te pierwsze majowe dni, pisałam maturę.

Matura jak matura, na tę chwilę pamiętam tylko dość głośne przygotowywanie się do ustnej z angielskiego i sto procent z polskiego w Dzień Matki. Reszta przeszła raczej bez echa, natomiast to co po niej…

W takim momencie życia wybierać, jaka ma być jego dalsza część, to sprawa niełatwa. Mając lat prawie dziewiętnaście pewnie najbardziej chciałam chodzić na koncerty, a z tego, jak się domyślamy, trudno wyżyć. No to sobie spontanicznie wybrałam, stojąc nad brzegiem Bałtyku, jak będą wyglądać najbliższe lata – pójdę na studia, gdzie nauczą mnie pisać (należy zaznaczyć, że pracowałam wtedy bez dnia wolnego, zasilając się kajzerkami z pasztetem, trudno więc o racjonalne decyzje). Trzeba przyznać, że dość ciekawy powód, raczej nie potwierdzający, że mam na koncie egzamin dojrzałości. Swoją drogą, to chyba jakiś psychiczny defekt: próba zrobienia z życia hobby.

Studia traktowałam jako przepustkę do lepszego życia i – nie boję się tego teraz napisać – same w sobie okazały się być rozczarowaniem. I gdybym patrzyła tylko przez ten pryzmat, te lata mogłyby jawić się jako stracone. Mogłabym mówić, że trzeba było jednak zawalczyć o inny tych studiów kierunek.

I zanim tekst uderzy w przesadnie refleksyjne tony, chciałabym jasno rzec tym, którzy może teraz przejmują się maturami, potem będą płakać na jej wynikami, albo po pierwszym roku studiów pukną się w czoło, na co się wyrwali…

Jakoś to będzie. :)

Poczucie niespełnienia na wybranych studiach zaprowadziło mnie do studenckiej rozgłośni radiowej, która oprócz umiejętności improwizowania na egzaminach i odkrycia chęci mówienia do ludzi, dała mi przyjaciół, i – całkiem nieoczekiwanie – miłość. To przymusowe praktyki na właśnie tych studiach zaowocowały czymś, czego nigdy bym się nie spodziewała – zwyczajnym darmowym wejściem do klubu fitness, które w rezultacie okazało się namieszać w życiu bardziej niż niejeden papier z zaliczonych praktyk.

I tak sobie jeżdżę na ostrym – stacjonarnie i w terenie.

Chwytanie okazji, uśmiechanie się do okoliczności

Jestem dyplomowanym dziennikarzem, a magistrowanym to już się nie wyrażę, kim. Ale to nie papiery (które nawet nie wiem, gdzie leżą…) determinują to, kim się stałam w ciągu tych dziesięciu lat. Podczas gdy wielu moich znajomych robi karierę zgodną z wybranym przez nich kierunkiem studiów, ja spotykam na swojej zawodowej drodze ludzi, którzy ciągle szukają, choć na rynku pracy są już tyle lat, ile minęło od mojej matury. I obie ścieżki są dobre. 

Czas egzaminów dojrzałości i wyboru studiów (opcjonalnie: akademika, w którym będzie najwygodniej chlać się uczyć) ma w sobie jakąś uroczą dramaturgię, której nie chcę nikomu odbierać. Mam po prostu nadzieję, że tegoroczni maturzyści będą się uśmiechać nad swoimi dziwnymi/rozsądnymi/spontanicznymi decyzjami, jak i ja dziś śmieję się do swojej.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *