Gdy na półmaratonie jest jedynka z przodu. Wspomnienie z 2013 roku

Wszystko idzie zgodnie z planem. W poniedziałek i wtorek biłam się z myślami, czy nie celebrować ostatniej przedstartowej tabaty, a środę po raz enty oglądałam trasę, będąc jednocześnie przekonaną, że w niedzielę na żywo w ogóle nie zauważę tych wszystkich punktów, które zwróciły moją uwagę na filmie. Zaraz uderzam do szafy, by odkopać jakieś biegowe rzeczy i oszacować, której koszulki nie będzie w stanie przyćmić biegowy burak na twarzy, oraz które spodenki mogą z powodzeniem udawać, że ich nie ma (nie, że goły tyłek. Bardziej o lekkość i nie wciskowatość w nogi chodzi).

Jak się zatem łatwo domyślić, nie mam do powiedzenia nic, co zmieniłoby losy świata albo choćby mojego startu. W sumie bardzo dobrze, bo nie chcę wpadać w kaznodziejskie tony. Jednak w ramach doładowania się (nie mylić z carboloading) wykopałam z czeluści zbiorów prywatnych moje wrażenia z poznańskiego półmaratonu sprzed 3 lat, kiedy to popełniłam życiówkę. Daję słowo, do tej pory myślę, że to było nie do wykonania.

Wiecie chyba, co myślę o relacjach z biegów: w końcu co jest interesującego w tym, że na siódmym poci się pacha, a na piętnastym problematyczne staje się tarcie uda o udo (szczupli nie znajo). Dzisiaj jednak zrobię wyjątek i podzielę się tamtymi wrażeniami. Po pierwsze, chcę je tu mieć zachowane, a po drugie czyta się to dosyć szybko (tak szybko jak biegłam, hohoho), więc biegnąc ze mną te 1:57:58h raczej nie pośniecie. Przy okazji możecie zobaczyć, jak piszę, kiedy robię w to w sferze bardzo prywatnej i najwyżej upewnicie się, że nie ma co prowadzić ze mną bliższych konwersacji. Bo, o zgrozo, czasem używam wuglaryzmów, szczególnie w sportowych emocjach. ;)

***

Hahaha. Bieganie. :)

Jeeezu, jaka odskocznia. Tego potrzebowałam! […] W dziwnych reakcjach zdrowotnych organizmu, w babskim „czego chcemy?! Nie wiemy! Kiedy?! Natychmiast!!”, w niepoukładaniu i jakimś braku optymizmu spowodowanym poczuciem, że nawet w przenośni pedałuję w miejscu w swoim życiu… W tym wszystkim pojawił się motyw połówki poznańskiej. Gdzieś tam przebijał się ambitny plan „UNDER 2H”, ale brak wybieganych kilometrów, ale katar, ale zajechanie i inne „ale” mojej głowy plus mądrości speców od biegania, że trzeba biegać, żeby dobrze pobiec…

Poznań jest klimatycznym miastem i chętnie będę tam bywać częściej. Po drugie: dobrze nie myśleć cały weekend o obowiązkach. Po trzecie: człowiek – cyborg jebnął życiówkę. :D

Chyba dosyć walczyłam ze sobą do siódmego kilometra. Na którym to zresztą był pierwszy kryzys. :D (Cała połówka to był w sumie Wielki Kryzys :D). Omijałam innych biegaczy, łapałam rytm biegania po długim czasie samego pedałowania. Próbowałam dostosować się do tempa pacemakerów. Postanowiłam biec za nimi, póki dam radę. Ale dosłownie za nimi, bo tak się bałam, że ich zgubię i to zabije moje ambicje. ;d Choć miałam przebłyski bezkryzysowe i co za tym idzie chęci, by ich wyprzedzać (olałam puls 228 :| :D), ale w głowie ciągle myśl: „To są profesjonaliści. Wiedzą, co robią” (a mi się wydawało, że raz biegną za szybko, raz za wolno). Jak już udawało mi się długo trzymać ich tempo, to postanowiłam to robić do końca.

Czasem się udało walnąć śmiechem do muzy, psów, swoich myśli czy innych atrakcji („uwaga, dziuraaa!”*), więc jakoś szło. Ogólnie starałam się zająć czymś głowę, bo naprawdę mnie blokowała… Najczęściej skupiałam się na pilnowaniu baloników (nic tak nie cuci jak dostanie balonem po mordzie). Na dyszce byłam szybciej niż planowałam, fajnie. Beka z muzy, Mc Donald, przedtem punkt odżywiania, kiedy to nie biegłam środkiem i mnie staranowali prawie. Fajnie ze swoim rozcieńczonym powerade’m (mądrzejsza po odwodnieniu w Pile) – nie traciłam sił na myślenie kiedy woda, nie ma przepychania, picia po łebkach (zawsze to robię nieudolnie, próbując nie tracić tempa).

Od trzynastego kilometry zaczynały być coraz dłuższe. Czułam, jak słońce piecze w twarz. Ta część „leśna” była fatalna, ale chwilami dobra muza (http://www.youtube.com/watch?v=ApMyn2HVhxA od 1:11). Na siedemnastym dystans między pacemakerami a mną się zwiększył znacznie już i bardzo mnie to demotywowało. Skoro byli coraz dalej, to miałam wrażenie, że tracę tempo (więc spoko, że ich nie wyprzedzałam ani na chwilę, i bez tego mi spieprzyli). Endo jednak mówi samo za siebie – trzymałam ładnie (w trakcie biegu nie sprawdzałam endo ani razu, ale szybka matematyka na podstawie stopera). Dj w słuchawkach mówił, że „nadciąga przytulaniec”… Akurat, jak potrzebowałam czegoś na zapęd. Śmiać mi się chciało, że zwalniam razem z muzą, ale to tylko 20 sekund. Już tyle przebiegłam w dobrym tempie, że szkoda mi było na maksa nie wybiegać poniżej 2h… Osiemnastego kilometra szukałam jak głupia. Jak nieprzytomna już powoli. A tu nagle wyskoczyło 19! Kurwa, co za piękna niespodzianka. :D Ale nie tak piękna jak ta, że na 20. kilometrze zobaczyłam, że mam jeszcze spokojnie z 8 minut, by dobiec do mety… Głowa proponowała spacer. :D Wiedziałam, że to końcówka i już chciałam umrzeć. Wiedziałam, że to będzie najtrudniejszy kilometr. Meta, jak zwykle, nie motywowała. Wiedziałam, że zdążę, ale z drugiej strony ciągle patrzenie na czas. Pacemakerzy gdzieś daleko przede mną, no ale przecież mam zapas. Ostatni zbieg… Jak zobaczyłam, że nawet brutto jest jeszcze jedynka z przodu i chyba 1:59:44, to wykrzesałam resztki siły i z krzykiem wbiegłam na metę jakieś 10 sekund później…

Pierwsza myśl: „już po”. Warto trochę szybciej biegać – szybciej jest po wszystkim. Ekipa ratunkowa chciała mi pomagać. :D Nie ogarniałam zupełnie. Że jebnę brutto nawet to też nie myślałam. :D

Wnioski (nawet te najbardziej logiczne):
– pacemakerzy wiedzą, co robią. Podczas pisania tej noty uświadomiłam sobie jeszcze bardziej, że w sporej mierze to im zawdzięczam sukces. Tak czy tak spuchłam na osiemnastym :D, ale nie zaliczyłam rażącego spadku tempa. Nie wiem, co to za ludzie i czy dotrze do nich, jak podziękuję na fejsie np, i czy im coś to robi, ale mam taką potrzebę. :)
– można biegać połówki i inne dyszki bez wydolności zdobytej typowo na bieganiu (czy także maraton? Chyba nie będę sprawdzać i zrobię trochę trzydziestek przed październikiem :D),
– można dobrze pobiec bez carbo-loadingu i na białkowym śniadaniu,
– przy punktach odświeżania biegnie się środkiem,
– waga ma duży wpływ na szybkość :) Tak sobie myślę jeszcze o osobach z widoczną nadwagą, które biegły. I że naprawdę trzeba schudnąć, żeby biegać, a nie na odwrót…
– spece z ludory mają rację: przetrenowanie mierz fizjologią i matematyką,
– można dobrze pobiec mimo tygodnia bez regeneracji,
– reasumując: wszystko jest w głowie. :D

Następnym razem, zanim mnie dopadnie egzystencjalne pytanie „co dalej?”, pierdolnę sobie dwudziestkę albo pojadę do dużego miasta na chwilę (i tam to zrobię :D). Jak miło zmienić podejście do biegania i od teraz traktować to jako świetną rozrywkę, odskocznię, a nie konieczny trening do osiągnięcia jakiegoś wyniku. I nie orać sobie bani niepotrzebnie. Następnym moim celem biegowym jest maraton i tutaj trochę można popracować kilometrażem. Jeśli zaś chodzi o połówkę, to praca chyba bardziej dietą i wzmacnianiem.

* Na jedenastym kilometrze stał wolontariusz, który zwrotem „uwaga, dziura!” ostrzegał biegaczy przed nierównościami terenu. Pamiętam jego misję do dziś! :)

***

 Wszystko jest w głowie. Wszystko jest w głowie. Wszystko jest w głowie.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *