Gdzie ćwiczyć: w klubie czy w domu?

To właśnie ta chwila! Skoro biega już nawet Twój kumpel (zagorzały zwolennik fast foodów), a pani Krysia z warzywniaka przy pakowaniu buraczków opowiada, że chodzi na fitnessy, postanawiasz nie pozostawać w tyle za goniącymi wysportowane ideały znajomkami.

Ty też będziesz piękny, gibki, elastyczny! O Ty, wielki zmotywowany, pozbędziesz się zadyszki przy wchodzeniu po schodach, a lipiec znowu stanie się Twoim ulubionym miesiącem. Dieta dietą, ale samym ogórkiem się tyłka nie ujędrni.

I co teraz? Co mam kupić oprócz dresu? Karnet na siłownię, czy siłownię urządzić u siebie?

KLUB FITNESS

 

Argument najgłówniejszy z głównych: ktoś Cię pilnuje. Nie raz słyszałam, jak koleżanki rezygnują z ćwiczeń w ogóle, bo kolana bolą. Cóż – pani z DVD, choćby bardzo chciała, może Ci rzucić tylko ogólnikiem, a Ty, nie mając w pokoju lustra, tylko szyby meblościanki, nie jesteś w stanie skorygować własnych błędów. Hm, w zasadzie lustro nawet nie ma tu nic do rzeczy, bo można widzieć swoje oblicze bardzo wyraźnie, a wciąż nie wiedzieć, czy trzeba coś poprawić.

Grupa. Przez klub przewijają się dziesiątki, a nawet setki osób. Ty natomiast, w swoim zabieganiu, widzisz ciągle te same osoby w pracy, nie mówiąc już o Twoich ulubionych mordkach w domu. Dla samego odświeżenia głowy warto czasem spojrzeć na kogoś innego, porozmawiać o wspólnych bądź różnych celach, poznać punkt widzenia osoby, którą dopiero co zapytało się o godzinę rozpoczęcia zajęć i sylwetkę instruktora. A potem móc przychodzić do klubu nie tylko na zajęcia, ale też na ploteczki (byle przed zajęciami i po nich, a nie w trakcie).

Zabawa i dobra energia. Klub fitness z reguły robi dobrze nie tylko ciału, ale też oddziałuje pozytywnie na wnętrze. Dobre miejsce tego typu można poczuć: wchodząc tam, powienieś wyczuwać przyjemną atmosferę, która bez grama sztuczności i napuszenia roztacza się między jedną salą a drugą, między maszyną do brzuszków a strefą wolnych ciężarów. Wizyta w miejscu, w którym pozytywne są nawet nieparlamentarne słowa (a co ma krzyknąć Polak, który dopiero podniósł 70 kg? No właśnie), niesłychanie ładuje akumulatory.

Dłuższa motywacja. Kiedyś patrzyłam z niechęcią na wszelkie abonamenty i karnety roczne, ale… zwyczajnie zmieniłam zdanie. Raz, że bardziej się to opłaca, a dwa, że masz dłuższą motywację do działania – nawet, jeśli to powód wyłącznie finansowy. Oczywiście zawsze powinieneś być możliwość zawieszenia karnetu i tak dalej, ale kwestie techniczne póki co zostawmy.

Ostatnia zaleta: mało kto ma tomahawka w domu. Kurczę, nawet ja nie mam. Jeszcze.

ĆWICZENIA W DOMU:

 

Zorganizowanie się zajmuje mniej czasu. Teoretycznie – możliwe bowiem, że działając bez ustalonej godziny, o której zaczynasz (a w grafik klubu fitness są takie godziny), dłużej zabawisz na fejsbuku i zima Cię zastanie, zanim zrobisz pierwszy przysiad. Zakładam jednak, że piszę do zmotywowanego i zorganizowanego zwierza. Zatem godzinny trening zajmie Ci godzinę, a nie dwie, z czego jedna przeznaczona będzie na dojazd, jak w przypadku klubu fitness. Nie liczę szczęśliwców, którzy mają siłownię pod blokiem. Choć kto wie, czy to plus… OK, bo już zaczynam płynąć. Czas na kolejny argument przemawiający za poceniem się w mieszkaniu.

Dom to idealne miejsce dla wszystkich, którzy dostają gęsiej skórki na myśl o tym, że ktoś mógłby na nich spojrzeć i od razu osądzić. Trochę się wszystko pozmieniało i w opinii niektórych do klubu nie można przyjść grubym, tylko dopiero po schudnięciu się pokazać… Polecam szybko porzucić takie podejście. Życie ucieka.

Oszczędność. To pewnie kluczowy argument dla wielu osób, które nie chcą lub nie mogą poświęcić stu kilku złotych miesięcznie na atrakcje opisane wyżej. Koszty ćwiczenia w domu są niewielkie. W dobie internetu prawie wszystkie potrzebne ćwiczenia znajdzie się na jutubie, ewentualnie można kupić gotowe płyty. Do tego mata, może kilka ciężarów i zestaw do tuningowania swojej maszyny gotowy.

 

Jedna rzecz jest wspólna dla obu tych rozwiązań: motywacja. Bez niej zarówno domowe machanie ciężarkiem, jak i pielgrzymki do fitnessowych świątyń pozostaną tylko epizodem z życia. A nie jego stylem.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (2)

  1. Odkładając na bok rolę instruktora, wiem, że wybrałabym klub jako główne miejsce treningu, a dom jako dodatkowe krótsze ćwiczenia. Klub i opłacone zajęcia motywują, a poza tym każdemu przyda się zmiana otoczenia i bywanie wśród innych. Rola instruktora oczywiście istotna, choć z przykrością stwierdzam, że korygowanie błędów jest coraz rzadszym zjawiskiem, co mnie przeraża. Jeśli ktoś zna podstawy i technikę ćwiczeń to wtedy uzupełniające treningi w domu są świetna opcją.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *