Gdzie doprowadza whiskey i ciecierzyca. Blog się rozrasta

 

Mam wyjątkową umiejętność kodowania różnych rzeczy w głowie. Nie wynika to z tego, że jestem żoną dobrze rokującego programisty, bynajmniej. Życzenia – kody zostają wymyślone, oddalone wgłąb głowy, pracują pod nieobecność mojej świadomości i zwracają rezultat. 

Rzecz działa od lat, polecam. A wygląda to tak.

 

Historia pierwsza – uważaj, co mówisz

 

To był wyjątkowy czas picia whiskey o 13:00. Prawdopodobnie ona, w połączeniu z promieniami południowego słońca, załomotała do drzwi obszaru Broki w mojej głowie i kazała powiedzieć:

– Myślę, że mamy dużo dobrych rzeczy do powiedzenia. Nagrywajmy to.

Tak to jest z alkoholem o trzynastej. Nie dość, że masz dużo do powiedzenia, to jeszcze myślisz, że jest to dobre i warte uwiecznienia.

Cóż, różne są drogi poszukiwania siebie.

Kilka tygodni później, kiedy południowe słońce było już tylko wspomnieniem i nadszedł czas spędzania całej jasnej części dnia w pracy, usłyszałam z drugiego pokoju:

– Ktoś sprzedaje mikrofon.

Mam takie skrzywienie:  kiedy do moich zmysłów dociera cokolwiek o mikrofonie, myślenie wyłącza mi się jak siedemnastolatkowi, który zobaczył biust koleżanki.

Nie zdziwiło mnie zatem, że powiedziałam z automatu:

– To kup.

Ach, ta moja moc sprawcza za całe sto pięćdziesiąt złotych polskich.

 

Historia druga – uważaj, co piszesz

 

Rozsądne postanowienia noworoczne to złoto; nawet się nie zorientujesz, kiedy pojawia się myśl: Ej, przecież o to walczyłam! Choć pokrętne są drogi docierania do celu.

Na początku tego roku napisałam na blogu, że chcę więcej czasu spędzać w kuchni. I stało się: nie dlatego że kupiłam sobie nadzwyczaj urodziwy fartuszek albo że z chwilą włożenia mi na palec GPSa przez KzB, moja szósta klepka postanowiła zniknąć z głowy i przenieść się w okolice piekarnika i miotły.

Warunki stawiała zwykła chęć oszczędności. A potem zrobiło się mniej przewidywalnie – przeczytałam książkę Zjadanie zwierząt i po tygodniowym kacu moralnym i poczuciu, jakbym kulała się po świecie na jakichś silnych znieczulaczach,  weszłam do kuchni na stałe.

Tarty seler i bulgocząca cieciora żądały akompaniamentu, a ja chciałam, by moje kuchenne podróże nie kończyły się tylko wizytą w toalecie. Chciałam spożytkować ten czas podwójnie. Zaczęłam więc poznawać świat za pomocą podcastów. 

I co z tego? To, że

Historia trzecia dopiero się tworzy

 

W podcastach i audycjach radiowych uwielbiam to, że – o ile mamy odrobinę podzielności uwagi – są nienarzucającym się tłem dla innych czynności. Lubię tę formę  tak bardzo, że nie chcę być wyłącznie słuchaczem i odbiorcą. Dziesięć lat w radiu tak do mnie krzyczy… albo to wydane sto pięćdziesiąt złotych. 

AGATAMUSZ – PODCAST

 

Liczę na to, że rowerowe, głosowe odcinki będą umilać Ci postój w miejskich korkach. Albo towarzyszyć podczas rowerowych wypraw, jeśli tymi korkami od dawna gardzisz. Czasem usłyszysz tylko mnie (wyjątkowo nie w wydaniu: dokręcamy!!!), czasem dołączy do mnie KzB, Współdetoksiak, q84fh albo inne persony nie raz wspomniane w tekstach na blogu.

Odcinki nie będą długie. Takie w sam raz na pilnowanie szklącej się cebuli albo na szybki spacer.

Kto woli czytać, niechaj się nie martwi. Podcast w większości przypadków będzie przedłużeniem blogowych tekstów albo ich głosową wersją. Pierwsze skrzypce w obu formach wciąż będą grać indoor & outdoor cycling, zdrowe podejście do wysiłku fizycznego i diety, autoironia i dystans.

To, po co tutaj wracasz.

 

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Komentarze (3)

  1. Taki podcast to trochę ja zaprosić Was dwoje na kawę do własnego domu i słuchać ciekawej rozmowy. Super pomysł! Bardzo dobrze się słucha.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *