Gdzie wystartować na dychę? Moje trzy ulubione biegi

Uwielbiam biegać na dychę. W zasadzie dopiero wtedy, gdy kilometraż pokazuje dwie cyferki, czuję taką całkowitą satysfakcję z biegania. Kiedy widzę, jak na garminie 9.99 zmienia się na 10.00, mój wewnętrzny roześmiany chochlik skacze z radości. Krótsze biegi są spoko, ale… Nie, że Cię zbywam, ale jeśli biegasz, to wiesz, o czym mówię. Naprawdę trudno to ubrać w słowa.

Nietrudno ją zrobić prawie że pod blokiem. Wiążesz buty, wychodzisz z domu i po godzinie jesteś z powrotem, chowając w kieszeni garść endorfin z leśnych asfaltowych ścieżek. Powinnam Cię ostrzec: kiedyś wpadnie Ci do głowy myśl, że po takiej dyszce należałby się jakiś materialny medal, a nie tylko lajki na endomondo, które na szyi nie ciążą w ogóle.

I tak wtopisz się w klimat, a dziesięć kilometrów przebiegnięte nieopodal mieszkanka nie będzie do końca satysfakcjonujące. Aby morale pozostały na dobrym poziomie, a motywacja rosła, potrzeba zorganizowanych biegów, z których jedne przypadają do gustu bardziej, a na myśl drugich myśli się „Nigdy więcej”.  Jeśli jedziesz kilkadziesiąt (a i kilkaset!) kilometrów, żeby sobie pohasać amatorsko i robisz to któryś rok z rzędu, bez względu na mrozu szpony tnące, słońce oraz rosnącą opłatę startową, to wiedz, że darzysz konkretny bieg fanatyczną sympatią.

Chciałabym Cię dzisiaj zabrać na moje trzy ulubione zorganizowane biegi na dychę, na które jadę właśnie pomimo powyższych „przeszkód”.

Bieg Papiernika – Kwidzyn

Najbardziej kameralny bieg ze wszystkich trzech, choć z roku na rok bardziej popularny (jak każdy?). I najbliższy memu biegowemu sercu. Czekam na niego cały rok. Patrząc obiektywnie można uznać, że nie ma w tych zawodach nic wyjątkowego. Na szczęście obiektywizm nie wchodzi w grę w moim pisaniu tutaj, a więc mogę się ekscytować bieganiem w zakładach papiernych w najlepsze. Papiernik oznacza trasę z cyklu „5 w tę i 5 z powrotem” w niezbyt malowniczych okolicznościach przyrody. To siódmy kilometr przy torach, gdzie skupiam się już tylko na czarowaniu, by na ósmym nie było tego podbiegu, a kilka metrów po nim wciąż tryskała ściana wody. To podbieg na dziewiątym, zbieg na dziesiątym i siup, już jesteś na mecie.

To jeden z niewielu biegów, który wciąż jest za darmo. Pewnie dlatego nie ma koszulki, ale można liczyć na inne fanty w pakiecie startowym. Ostatnio był pasek na numer – sprawdza się bardzo dobrze.

W Kwidzynie debiutowałam na tym dystansie. I przebiegłam go pierwszy raz w ogóle. To tam, rok po debiucie, wbiegłam na metę sześć minut prędzej, niż zakładałam. To ten bieg bywa z reguły okazją do tego, by zobaczyć się z jedną z ulubionych mordeczek.

I dłużej nie będę się teraz tym ekscytować, bo czas Biegu Papiernika nastanie 23 maja. Jestem przeszczęśliwa, że w końcu mam bloga, gdzie będę mogła o tym wydarzeniu napisać. W sumie chyba po to założyłam to miejsce. A że prawie rok przed nim – no cóż, no cóż.

bieg-papiernikaa

A teraz jedziemy jeszcze dalej na północ kraju.

Bieg Świętojański – Gdynia

Pamiętam go bardzo dobrze pewnie nie tylko dlatego że tam zrobiłam życiówkę (w 2012 roku, o zgrozo!), ale i z powodu nietypowej pory. Bieg Świętojański to jeden z biegów, które odbywają się późnym wieczorem. Wtedy była to bodajże 21:00, w tym roku biegacze będą startować o… północy! Pamiętam, że mocno przeżywałam – jak niby mam biec, skoro o takiej porze to przygotowuję się do spania? Ale jak widać pomknęłam całkiem prędko jak na siebie. Tuż przed biegiem nad Gdynią przeszła deszczowa chmura, która maksymalnie zmoczyła chodniki. Później to wszystko zaczęło parować… Asfalt był ciepły i mokry, wszędzie pachniało deszczem, na prostej przy morzu było widać błyskawice. Miałam najlepszą formę w życiu, biegłam w najkrótszych spodenkach jakie miałam, towarzyszył mi puls prawie maksymalny. Z metą mam jedno skojarzenie: nie wiedziałam, czy bardziej chcę się zrzygać, czy krzyknąć, że kogoś kocham. Stan przedzawałowy na szczęście szybko minął i zamiast wprowadzić chciejstwa w życie, poszłam szukać wodopoju.

Polecam za klimat, za porę, za organizację – bo ta, z tego co pamiętam, jest na poziomie.

Biegnij Warszawo! – zgadnij gdzie! [heheszki]

Najnowsza (i najdroższa) dziesięciokilometrowa zajawka, która oczywiście też ma podłoże sentymentalne, bo to pierwszy bieg, na który jechałam z większą ekipą i ponad połowy z niej w ogóle nie znałam, a teraz mamy się dobrze i nie tylko biegamy razem. Biegnij Warszawo to masowy bieg w pełnym tego słowa znaczeniu, bo na starcie stawia się kilkanaście tysięcy ludzi. Co więcej, biegną oni w tych samych koszulkach, dzięki czemu stają się jednokolorową sportową płachtą przykrywającą często-gęsto uczęszczane ulice stolicy, stając się tym samym ulubieńcami kierowców. Elegancka organizacja, rozmiarówka koszulek nie na manekiny, prosta trasa i interesujące widoki na niej. Polubiłam ich!

biegnij-warszawo

Cała otoczka wyjeżdżania na biegi też jest super. Przeżywanie, analizowanie, pochłanianie tej atmosfery, która jest stresowa w tak odmienny sposób od codziennych nerwów… Odliczam do pierwszej zorganizowanej dychy w tym sezonie! Jednocześnie szukam nowych biegów, które mogą zdobyć serce amatora.

Może kiedyś będę mogła napisać o moich trzech ulubionych triathlonach, hohoho.

Podaj dalejShare on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *